Gdzie koła poniosą… czyli ostatni wyjazd ADV-ką

W niedzielny poranek zapadła spontaniczna decyzja – dzisiaj sobie pojeżdżę. Wiele razy myślałem o tym, żeby tak jak kiedyś, wsiąść na moto, bez planowania, bez tras, bez przygotowań, wsiąść i pojechać, jak kiedyś… Wsiadłem więc rankiem na ADV-kę, wyjechałem przed bramę i… zapomniałem jak to jest jeździć na spontanie :) No dobra, trzeba zatankować, więc kierunek Annopol. Pojechałem swoją stałą, ulubioną szutrówką, przy której rozciągają się obecnie bezkresne połacie rzepaku.

Po dojechaniu do Annopola szybkie tankowanie i pucowanie moto

Gdzie teraz? Hmmm… Na południe. Zacząłem to czuć, nieśmiało, ale zacząłem. Przede mną wiraże czarnego asfaltu, po bokach sosnowy las, który przy tej temperaturze intensywnie pobudzał nozdrza swoim zapachem. Las, który co jakiś czas poprzecinany był niewielkimi wioskami, gdzie leniwie toczyło się niedzielne poranne życie. Tak dojechałem do Borowa. Miejscowości, o której wiele czytałem w różnych opracowaniach historycznych jak i wspomnieniach zebranych w książki. To jedna z tych historii, które nie mają happy endu, a zapoznanie się z nią daje nieodwracalne zmiany w naszym postrzeganiu świata. To tutaj, tutaj i w okolicznych wioskach Niemcy zamordowali bestialsko w sumie 806 osób. To nawet nie był już mord, to była eksterminacja. Eksterminacja starych i młodych, mężczyzn i kobiet, niemowląt i dzieci. Coś przerażającego. Pokrótce historia jest opisana tutaj:
https://pl.wikipedia.org/wiki/Pacyfikacja_wsi_polskich_w_Lasach_Janowskich_(1944)
Po szczegóły można zajrzeć do bibliografii, ale uwierzcie mi, że człowiek mający choć mały pierwiastek wrażliwości, może mieć problem z przeczytaniem książek opisujących szczegóły tej pacyfikacji. Poniżej kilka fotek z Borowa, które zrobiłem wczoraj:

Z Borowa pokierowałem się dalej na południe. Na rozstajach dróg kierowałem się w tą, która w danej chwili bardziej mi się podobała. W pewnym momencie dotarłem do końca drogi. Jakiś prom, jakaś rzeka. Okazało się, że dojechałem do przeprawy promowej na Sanie w miejscowości Czekaj Pniowski.

Rzeka wygląda bardzo dostojnie, wyobrażałem sobie ją jako dużo węższą i niepozorną. Prom niestety nieczynny, więc trzeba się jakoś przedostać na drugą stroną. Przez wodę chyba nie da rady, więc jakimiś polnymi drogami dobijam się do Radomyśla nad Sanem i tam przeprawiam się na drugą stronę. Pomyślałem, żeby może znaleźć ujście Sanu do Wisły po tej stronie, ale kierując się na azymut po polnych drogach tak pokręciłem, że wyjechałem w Gorzycach. Spontan to spontan, więc nie wracam, tylko jadę dalej przed siebie. W Sandomierzu na stacji pomyślałem, żeby może odwiedzić kogoś z Kompanii, ale chłopaki w potencjalnie obranych przeze mnie kierunkach już latali gdzie indziej, albo robili coś innego. Może to przeznaczenie, by poczuć credo naszego kompanijnego Wojtka, że droga jest celem? Wyruszyłem z Sandomierza drogą nr 79 w stronę Krakowa. Przypomniał mi się szaleńczy powrót w burzy i ulewie z krakowskich lodów sprzed kilku lat. A może by tak… nieeee, za późno na Kraków niestety i nie wyrobiłbym się z powrotem. Dojeżdżam do Koprzywnicy, gdzie zatrzymuję się pod ogromnym kościołem. Okazuje się, że jest to stary klasztor Cystersów. Opactwo zostało ufundowane już w 1183 roku i mnisi mieszkali tam nieprzerwanie aż do 1821 roku, kiedy z powodu dekretu włądz carskich opactwo uległo kasacie. Obecnie budynek pełni funkcję kościoła pw. św. Floriana. Nie było mi dane zajrzeć do wnętrza, ale z zewnątrz prezentuje się bardzo ciekawie.

Z Koprzywnicy pojechałem dalej w stronę Krakowa, po czym skręciłem w boczne dróżki, by pojeździć wśród malowniczych sadów.

Zrobiłem kilka km po bocznych drogach i wyjechałem obok pałacu Moszyńskich w Łoniowie. Zza bramy prezentuje się wyśmienicie, niestety z racji koronawirusa, można go podziwiać właśnie wyłącznie zza bramy. Może kiedyś…

Dalej wjechałem na krajową 9 i pognałem w stronę Lipnika, po drodze napotykając kolejny obiekt architektury sakralnej, który przykuł moją uwagę. Sanktuarium w Sulisławicach widoczne jest z głównej drogi, wystarczy zjechać kilkaset metrów w bok, by dostać się do malowniczej wioski, gdzie na wzgórzu stoi owe, ponoć najpopularniejsze w diecezji sandomierskiej, sanktuarium. Szybkie oględziny, foto i można jechać dalej.

Dojechałem do Lipnika i podczas krótkiego posiłku na stacji benzynowej stwierdziłem, że dalej krajówkami nie jadę, tylko na azymut. I znów poczułem to piękne uczucie, gdy jeździłem i malowniczymi, wąskimi drogami polnymi oraz asfaltami pośród pól

Jak i pośród magicznych, zapierających dech w piersiach szpalerów wierzb

Trafiały się też tory i pociągi

Dotarłem tak aż do Ożarowa, skąd przedarłem się polami do Tarłowa. Tam przez przypadek natknąłem się na coś, o czym do tej pory nawet nie wiedziałem. W bocznej dróżce znajduje się zarośnięty cmentarz żydowski, a w zasadzie to, co po nim pozostało.

Potem jeszcze krótki postój na tarłowskim rynku, gdzie spotkałem kolegę na Varadero. Podczas pogaduch podjechał do nas człowiek na niesamowicie fajnym i egzotycznym jak na dzisiejsze czasy motocyklu, czyli na Gazeli

Po tych pogaduszkach poczułem już lekkie nasycenie fajnym dniem z motocyklem w roli głównej, więc malowniczymi dróżkami wzdłuż skarp wiślanych wróciłem do domu. Tak stuknęło 200 km, kilometrów, które tak były mi potrzebne.

Była to też niestety pożegnalna podróż moim ukochanym Rometem ADV. Motocykl znalazł wczoraj nabywcę i pewien etap w moim życiu został zakończony. Mam nadzieję, że nowy posiadacz również doświadczy tylu pozytywnych emocji od tej ADV-ki, co ja (a zapowiada się, że bardzo możliwe, bo człowiek sprawiał wrażenie bardzo pozytywnie zakręconego).


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s