4 dni na wschodzie – Cz. II – Białoruś

Dzień III

Pobudka w rześki poranek w Okunince, telefon do właściciela, który przegarażował nasze motocykle pod dachem, a międzyczasie podziwianie widoków.

Odbieramy motocykle i jedziemy w stronę przejścia granicznego w Sławatyczach. Po drodze jeszcze Orlen i żelazne śniadanie czyli kawa + hot dog. W międzyczasie Dziadek znajduje warsztat blacharski, gdzie uprzejmy człowiek poprawia mu pęknięty stelaż kufra za free. Dojeżdżamy do przejścia, prawie pusto, będzie szybko. Z polskimi celnikami uwijamy się szybko, z białoruskimi trochę schodzi, ale bardzo mili i życzliwi. Jeden z nich pomaga wypełnić nam deklarację celną. Można też u nich palić na kontroli paszportowej, dzięki czemu nie gnuśnieję jak na ukraińskich przejściach. Jeszcze chwila i Białoruś wita :)

Pierwsze wrażenie dużo bardziej pozytywne niż na Ukrainie. Po bokach piękne lasy i jeziora, nawierzchnia też dużo lepsza. Zajeżdżamy na tankowanie. Tutaj zasady identyczne jak na Ukrainie – płacisz, potem tankujesz. Ceny paliwa takie, że aż oczy się świecą. Przy naszym kursie wymiany, zapłaciliśmy ok 3,20 zł za litr benzyny. Ceny papierosów i Heetsów również atrakcyjne. U nas Heetsy po obniżce 14 zł, na Białorusi niecałe 8 zł. Jedziemy dalej, zaczyna mi się podobać. Kultura jazdy na drogach super. Jest ograniczenie do 60, wszyscy jadą 60, nikt nie kozaczy, nikt nie wyprzedza na 3,4. Zatrzymujemy się na jakiejś wiosce przy budce z pieczywem i jakimiś straganami ze wszystkim i niczym. Prowadzimy krótką rozmowę z miłym Białorusinem, który opowiada nam, że pracuje dla Polaka w Niemczech i wymieniamy kilka uwag na temat naszych zwyczajów, narodów itd.

Posiłek i dalej jazda. Od przejścia do Brześcia mamy 35 km, więc za chwilę widzimy już samo miasto. Wjeżdżamy i przestaję wierzyć własnym oczom. Piękne osiedla nowych bloków, ulice po kilka pasów, rondo takie, że na środku mógłby ktoś cpn postawić, na skrzyżowaniach ledowe światła, liczniki czerwonego, zielonego, zaskoczenie totalne. Dojeżdżamy do hotelu, parkujemy motocykle i lokujemy się w pokoju.

Przebieramy się w cywilne ciuchy i idziemy w miasto. Zaskakuje czystość na ulicach, uporządkowana infrastruktura drogowa i ładne fasady budynków. Nie ma tu mowy o brudzie, graffiti, czy obdrapanych murach.

Jest pomnik Mickiewicza

Jest nieśmiertelny Lenin

Budynek sądu robi wrażenie

Idziemy zwiedzić Konfiskat Celny, na który mamy voucher, ale żaden z nas nie jest koneserem sztuki, więc długo tam nie zabawiamy (dla ludzi interesujących się sztuką, miejsce będzie rarytasem). Burczy nam w brzuchach, ale nie widzimy żadnej knajpy po drodze oprócz pizzerii. Mijamy Muzeum Kolejnictwa, które robi wrażenie zza płotu, ale idziemy na Twierdzę Brześć, a czasu mało i tyle do zwiedzania.

Swoją drogą przez te kilka km spaceru bałem się IQOS-a wyciągnąć, bo nie widziałem nikogo z papierosem w ręce, a mandatu nie uśmiecha mi się płacić. Okazało się później, że jednak można palić :D

Przed samą twierdzą zjadamy na szybko po hot dogu. Hot dog w stylu 1991 rok, budka przy warszawskim zoo :D Idziemy obejrzeć twierdzę, a tu się okazuje, że mają rozmach. Zresztą zdjęcia najlepiej oddadzą wrażenia.

Wygląda na to, że aby pozwiedzać twierdzę, trzeba by zarezerwować na nią sobie cały dzień. Udajemy się więc do jakiejś restauracji obok twierdzy, gdzie nie możemy się dogadać z nieprzyjemną obsługą, więc rezygnujemy, wskakujemy w taksówkę i jedziemy do centrum. Taksówkarz podpowiada nam kilka knajp i podwozi nas w końcu pod jedną z nich. Cafe Bufet wygląda zachęcająco, więc zajmujemy stolik i składamy zamówienie. Na pierwsze solidarnie bierzemy po soliance.

Na drugie chłopaki biorą coś o dziwnej nazwie, jak placki ziemniaczano-warzywne z dojrzewającą wędliną i sosem śmietanowym. Zupa świetna, placki również. Wychodzimy z restauracji i kierujemy się w stronę deptaku w centrum. Po drodze mijamy sporo osób w szalikach Dynama Brześć. Za chwilę mecz, a ciekawostką jest, że stadion Dynama nosi imię Józefa Piłsudskiego. Wchodzimy na deptak i zastanawiamy się, gdzie ten reżim, gdzie ta bieda i gdzie ten uciemiężony naród, który pokazują nam media. Pełno uśmiechniętych ludzi, miasto piękne. Brześć ma 350 tysięcy mieszkańców, ale w porównaniu do naszych miast jest dużo piękniejszy i żyje nawet w środku dnia, nie tylko nocą.

Polski konsulat

Odwiedzamy kilka sklepów i małych marketów robiąc małe zakupy. Stwierdzamy, że zapytamy w hotelu o jakiś hipermarket i tam zrobimy większe. Okazuje się, że nie mają tam zachodnich sieciówek, a swoje, więc recepcjonistka zamawia nam taksówkę do największej z nich i gonimy po ulicach miasta na zakupy. W galerii po raz kolejny widzimy, że media swoje, rzeczywistość swoje. Na półkach wszystkiego na bogato czy to w spożywce, ciuchach, czy elektronice. Miałem nawet ochotę zrobić zapas gier na PS4, bo niektóre tytuły dużo tańsze niż u nas. Wychodzimy na chwilę przed galerię poajkosić. Takie tam reżimowe, biedne foto z drzwi galerii….

Wskakujemy jeszcze na kolację do jednego z barów szybkiej obsługi typu jedzenie na wagę, jak to w galeriach, ale żarcie paskudne, jak to w galeriach. Wsiadamy więc w taksę i wracamy do hotelu. Miasto nocą zachwyca oświetleniem, czystością i brakiem wszędobylskich banerów reklamowych z czopkami na zaparcie itp. agresywnymi reklamami. Jesteśmy urzeczeni widokiem. Wreszcie zajeżdżamy pod nasz hotel, gdzie jeszcze chwilę siedzimy na murku, korzystając z ciepłego wieczoru.

Jutro pora wracać, aż żal…

 

Dzień IV

Wstajemy z samego rana, pakujemy się i opuszczamy hotel. Zatrzymujemy się jeszcze na jednym z brzeskich skrzyżowań na kawę i w poszukiwaniu nalepek białoruskich. Chłopaki piją kawę, ja urządzam sobie pogaduszki z jedną ze sklepikarek, przez co przeoczyłem poranny kawowy rytuał. Nalepek brak, więc jedziemy dalej i dopytujemy na stacji benzynowej, a ja tym razem korzystam z okazji i piję kawę. Pogoda nas rozpieszcza. Wieje wiatr, ale jest dosyć ciepło.

Okazuje się, że z wlepkami nie zaszalejemy, bo po prostu nikt u nich nie sprzedaje czegoś takiego. Moooooże w kiosku, ale w środek miasta nie chce nam się zawracać, tym bardziej, że niedziela, więc może być pozamykane. Jedziemy dalej. Droga z Brześcia do przejścia w Sławatyczach jest naprawdę fajna – raz, że dobra jakość nawierzchni, dwa, że co chwila mamy piękne pola i lasy. Dobijamy do granicy, gdzie wydajemy jeszcze monety, których żaden kantor nie przyjmie.

Pierwszy szlaban, drugi szlaban i stoimy. Kontrola niezbyt upierdliwa, białoruska celniczka odprowadza nas jeszcze do kantoru, byśmy mogli wymienić walutę. Schodzi w miarę szybko zarówno po stronie białoruskiej, jak i po polskiej. Po wyjechaniu z przejścia granicznego zatrzymujemy się na pierwszym Orlenie. Tam niezapomniana rozmowa DziadkaCygana z ekspedientką:
– Dzień dobry, Wy tu macie jakieś toalety?
– Nie, my tu wszyscy chodzimy do lasu :)
Jemy po hot dogu, pijemy kawę i czas się rozstać. Każdy z nas jedzie w swoją stronę. Ja turlam się już swoim tempem do domu. Po drodze straszny wiatr próbuje mnie podcinać, ale generalnie jedzie się bardzo fajnie. Zatrzymuję się na obiad przy Pałacu Zamoyskich w Kozłówce i podczas płacenia rachunku przypominam sobie, że jestem już w Polsce. Taniej już było w weekend. Śmigam sobie spokojnie, odwiedzając po drodze jeszcze Nałęczów, aż docieram do domu późnym popołudniem. Czy wrócę kiedyś w te rejony? Na Białoruś na pewno, na Ukrainę niekoniecznie, chyba że do samego Lwowa i to samolotem, by pominąć to, co widziałem po drodze od i do granicy.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s