4 dni na wschodzie, cz. I – Ukraina

Dzień I

Pierwszy dzień wyjazdu w moim przypadku to szaleństwo logistyczne. Dzień wcześniej o 17:42 wsiadam do pociągu w Kołobrzegu, gdzie jestem na kilkudniowym szkoleniu z pracy. Pociąg ma być rano w Kielcach, więc przygotowałem sobie motocykl i bagaże, by płynnie przeskoczyć na ADV-kę i pędzić w stronę Lwowa. Wagony sypialne w PKP Intercity nie rozpieszczają, więc w sumie przespałem ze 3 godziny krótkimi, przerywanymi drzemkami. O 6:32 melduję się w Kielcach i przesiadam się w busa do Ostrowca. W Ostrowcu jeszcze szybkie rozliczenie delegacji w pracy, kopia OC od ubezpieczyciela, bo gdzieś posiałem oryginał i w trasę :) W Biłgoraju już czekają na mnie Dziadek Cygan i bozotoxic na swoich ADV-kach. Dzięki pięknej pogodzie droga do Biłgoraja to przyjemność. Po drodze tylko szybka kawa i hot dog na stacji w Orlenie i za chwilę widzę się z chłopakami. Chwila pogaduch i już we trzech jedziemy na granicę w Hrebennem. Nieprzespana noc daje o sobie znać, więc na kolejnej stacji znów ratuję się kawą, a przy okazji bukuję hotel we Lwowie. Na granicy wymieniamy jeszcze pieniądze, omijamy sznur samochodów i wbijamy się w kolejkę już za pierwszym szlabanem.

Z kolejki wyciąga nas celnik i wciska przed inne samochody, dzięki czemu za chwilę już jesteśmy przy kontroli paszportowej. Na granicy w zasadzie idzie sprawnie i po półtorej godziny jesteśmy na Ukraińskiej ziemi.

Droga od granicy do Lwowa wyróżnia się tym, że nie ma na niej nic ciekawego. Nawierzchnia nawet spoko, na polach jeszcze trwają późne żniwa, ruch taki sobie. Gorzej wygląda to już w samym Lwowie. Natężenie ruchu zwiększa się diametralnie, a kultura jazdy przypomina wejście do Lidla o 7:30, gdy jest nowy towar. Trzeba mieć oczy dookoła głowy i nie tracić czujności, by nie zostać przejechanym przez jakiegoś Ziła i czy inne bydlę. Nie działa nam navi, więc na stacji benzynowej w mieście dopytujemy, jak dotrzeć do naszego hotelu. Facet też niezbyt ogarnia, gdzie może być hotel, więc dzwoni pod podany przez nas numer i dopytuje recepcjonistki, która…. też nie wie gdzie dokładnie jest jej hotel. Czeski film :D Wreszcie udaje nam się ustalić mniej więcej jego lokalizację, a bozo odpala mapy Google offline w telefonie i jakoś docieramy do hotelu. No dobra, ale miał być parking. Recepcjonistka tłumaczy mi jak do niego dojechać, bo jest niedaleko hotelu. Robimy kółko, parkingu niet. Wyciągam więc ją z hotelu i zaprowadza mnie na miejsce na piechotę. Jak się okazało, naszym parkingiem był podziemny garaż pod giełdą mięsną :D Szybkie porzucenie motocykli, zajęcie pokoju i pędzimy w starówkę. Miasto, a w zasadzie starówka, prezentuje się świetnie.

Jesteśmy mega głodni, więc szukamy miejsca, gdzie można zjeść coś dobrego. Dziadek przypomina sobie, że z żoną byli w fajnej knajpie we Lwowie, więc prowadzi nas sprawnie między uliczkami i docieramy szybko do celu. Knajpa nazywa się Rebernia (Rjebjernia??) i by dostać stolik trzeba odstać w kolejce i zapisać się na tablicy oczekujących.

Swoje odstaliśmy, więc głód spotęgował się jeszcze bardziej. Wreszcie słyszymy, że nas wywołują i idziemy do stolika. Tam dostajemy fajne śliniaki, by się nie pobrudzić :)

Zamawiamy żeberka z różnymi dodatkami i mogę śmiało stwierdzić, że są to najlepsze żeberka jakie jadłem w życiu. Kapitalnie podane, wyborne w smaku.

A tak je przyrządzają:

Najedliśmy się dość dobrze, więc pora pochodzić po mieście. Nawet nie zauważyliśmy, kiedy zrobiło się ciemno.

Nocny Lwów zachwyca

Tutaj gmach opery

W zasadzie można by co chwila się zatrzymywać i robić zdjęcia, bo wygląda to pięknie. Na ulicach pełno ludzi, na skwerkach grajkowie z gitarami, skrzypcami i innymi instrumentami. To miasto nocą tętni życiem. Spacerujemy dosyć długo, wpadamy do dużej knajpy, gdzie na żywo jazzuje kapela, a my oglądamy i zaopatrujemy się w piwo. Szczególnie jedno przykuło naszą uwagę:

W ogóle poprawność polityczna jest pojęciem im obcym, można spotkać koszulki z Angelą Merkel w stroju SS i podpisem, że to pani Ribbentrop. Następnego dnia poznaliśmy, że to jeszcze pikuś. Krążymy dalej po mieście, chłonąc nocne życie Lwowa. Wreszcie zmęczenie daje o sobie znać i idziemy do hotelu, gdzie spotykamy jeszcze na klatce polski akcent

Dzień II

Zrywamy się stosunkowo wcześnie z łóżek, by poeksplorować jeszcze Lwów, zanim go opuścimy. Wchodzimy na stare miasto z zamiarem poszukania lokalu, w którym moglibyśmy skonsumować śniadanie. Przez całość spaceru, naszą uwagę przykuwają różne pojazdy.

Całe…

Rozbite…

Tuningowane…

Nowe Wołgi…

Motocykle….

I karetki :)

Wstępujemy na kawę i śniadanie do jakiegoś przydrożnego lokalu typu zjeść i zapomnieć. Po drodze odwiedzamy również jedną z cerkwi:

Widzimy też dużo młodzieży z plecakami. Okazuje się, że to studenci pobliskiej uczelni medycznej, gdyż rok akademicki na Ukrainie zaczyna się 1 września i trwa 10 miesięcy. Dziedziniec uniwerku prezentuje się okazale.

Spotykamy również pomnik Nikifora, który jest bardzo chętnie fotografowany i musimy poczekać na swoją kolej, by zrobić mu fotkę.

Ruch z rana jest dosyć spory, przepełnione tramwaje, marszrutki i autobusy, a ulice zakorkowane. Docieramy wreszcie do miejsca, które w było dla mnie celem nr 1 w tym mieście, czyli Cmentarz Orląt Lwowskich. Jeden z trzech cmentarzy polskich bohaterów, który chciałbym odwiedzić obok Rossy w Wilnie (zaliczona) i Monte Cassino. Cmentarz Obrońców Lwowa to mogiły przede wszystkim młodzieży, która broniła tego miasta w latach 1918-1920. Po 1945 roku został zdewastowany. Ba, w latach 60 ubiegłego wieku urządzono tam wysypisko śmieci. Przerażające…. Na szczęście w XXI wieku został odnowiony i bohaterska młodzież oraz żołnierze mogą godnie spoczywać w swoich grobach.

Spacer po Cmentarzu Łyczakowskich rozciągnęliśmy na całość, nie tylko na Orlęta Lwowskie i dzięki temu natknęliśmy się również na grób Marii Konopnickiej:

Po wyjściu z cmentarza udaliśmy się na właściwy posiłek. Znaleźliśmy się w restauracji Bartolomey. Co ciekawe, w tej, jak i w wielu innych restauracjach na starym mieście, przy drzwiach wejściowych są tabliczki IQOS Friendly. Mała rzecz, a cieszy i nie trzeba wychodzić z knajpy, by gdzieś na chodniku sobie „poajkosić” :D Zamówiliśmy barszcz po lwowsku i pierogi. Barszczyk pierwsza klasa, pierogi do zapomnienia.

Pojedzone, pora udać się do hotelu, bo mamy czas do ichniejszej godziny 12. Po drodze zaliczamy pchli targ, gdzie zaopatrujemy się w pamiątki. I tam spore zaskoczenie. O ile u nas dyskutuje się długo i gorąco na temat słuszności honorowania ulic, rond itd. imieniem NSZ, gdzie jakaś ilość członków popisała się wątpliwymi czynami, tak tam nie ma problemu z nazywaniem ulic imieniem Bandery, bohaterów UPA, a na pchlim targu można kupić magnesy z podobizną bandery, hasłami nacjonalistycznymi i nikt nie widzi problemu. Można również kupić papier toaletowy z podobizną Putina, czy inne gadżety wątpliwej poprawności właśnie z Putinem, Angelą Merkel, itd. U nas byłaby afera na całego, Ukraińcy nie widzą w tym nic złego. Czas do hotelu.

Pakujemy się i opuszczamy powoli miasto, a mnie włącza się trauma z dnia poprzedniego, gdy widzę to szaleństwo na drogach. Wyprzedzanie na trzeciego, czwartego, poboczem, wyjeżdżanie z podporządkowanej, no nic mnie nie zdziwi. Tuż za Lwowem zatrzymujemy się na tankowanie. Nie ma benzyny 98, jest 92 i 95. Chcę tankować 95, aczkolwiek zapomniałem o tych dziwnych wschodnich zasadach, najpierw trzeba iść zapłacić. Podczas płacenia obsługa nalewa nam baki po korek, a w zasadzie to za korek. Postawienie motocykla na bocznej stopce kończy się wylewaniem paliwa. Ja w międzyczasie jeszcze rozbieram gaźnik, bo mi zalewa za dużo paliwa i dławi motocykl. Ruszamy dalej i chodzi mi po głowie, by odłączyć się od chłopaków na przejściu w Hrebennem i spotkać się po polskiej stronie w Dorohusku, gdzie był wstępny plan wyjazdu z Ukrainy. Raz, że Ukraina poza Lwowem jest paskudna w tym rejonie, dwa że w razie awarii lepiej będzie zadzwonić po assistance płacąc za połączenie u swojego operatora. Ostatecznie jednak jedziemy razem. Kierujemy się na Czerwonograd. Po drodze tak samo ciekawie jak od Hrebennego do Lwowa, czyli wcale. Atrakcją są np. wystające na 20 cm studzienki kanalizacyjne ponad poziom asfaltu. Ot takie ichniejsze progi zwalniające chyba :) W Czerwonogradzie zaliczamy postój na stacji na uzupełnienie płynów. Przy wyjeździe z miasta żegna nas pomnik przypominający pod czyim panowaniem była kiedyś Ukraina.

Lecimy dalej trasą Transnicciekawego aż do Nowowołyńska. Tutaj kolejny pomnik epoki sojuza

Brzydko, brudno, na dodatek śmierdzi jak zmoknięty pies wracający z cieczki. Ja odliczam kilometry do granicy…. W samym Nowowołyńsku miły akcent, bo człowiek zapytany o sklep motoryzacyjny wsiada auto i nas do niego prowadzi. Tam zatrzymujemy się przy targowicy i chłopaki idą na zakupy, a ja zostaję przy motocyklach. Szperam sobie w mapach i znajduję potencjalnie fajną ścieżkę wioskami szutrami przy granicy, ale wiązałoby się to z przeprawieniem się przez przejście w Zosinie, a chłopaki lobbują by jechać wyżej, bo u nas nie ma nic ciekawego… No dobra, pozwiedzamy dalej i lecimy główną. Główna to słowo na wyrost, bo asfalt wygląda jak mozaika, a na dodatek cały czas trzeba się pilnować, by nie zostać rozjechanym przez szalonego kierowcę. Tak docieramy do Włodzimierza Wołyńskiego. Tutaj dla odmiany zamiast wielkiego pomnika socjalistycznego robotnika mamy cerkiew.

Pora późna, więc czas na posiłek. Znajdujemy restaurację Łakomka, gdzie zamawiamy wyśmienite pielemieni w rosole i kurczaka z ziemniakami.

Od tego miejsca gonimy już do granicy na Dorohusk. Droga w dalszym ciągu ciekawa jak akcja seriali paradokumentalnych. Pośrodku asfalt mozaika, po bokach krzaki i tym razem smród wypalanych ściernisk i łąk. Krótki przystanek na przystanku

A co tam, selficzek na Piotrekstajl

I jedziemy do granicy. Tam wjeżdżamy w miarę płynnie przez pierwsze bramki, aczkolwiek na strefie niczyjej utykamy aż do ciemnej nocy. Jakaś kobieta w kolejce poleca nam nocleg w Okunince w hotelu u jej szefa, więc bierzemy do niego numer, zaklepujemy spanie i po opuszczeniu przejścia jedziemy jeszcze kilkadziesiąt km na spanie. W samej Okunince wiemy, że jesteśmy już w swoim kraju. Dookoła Zenek Martyniuk, szalona pijana młodzież i co drugi lokal to kebab. Siadamy na chwilę w jednym z lokali

Piwko, kebsik i spać :)

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s