Przystanek Wilno – Część II

DZIEŃ III – 29 wrzesień

Wstajemy wczesnym rankiem, zostawiamy motocykle pod hotelem i wybieramy się na kolejny etap zwiedzania miasta.

Musimy wymeldować się o 11, więc czerpiemy z miasta ile się da. Na pierwszy ogień idzie Republika Zarzecza. Zwiedzamy ją w totalnej pustce, gdy wszyscy jeszcze śpią, bądź jedzą śniadania w domach. Trzeba przyznać, że to dosyć egzotyczne miejsce, gdzie na pewno warto przyjechać będąc w Wilnie, by zobaczyć tą enklawę artystów.

Z tego miejsca idziemy na Górę Trzech Krzyży, jednak idąc na azymut wspinamy się na kopiec zwany Wzgórzem Giedymina, zamiast na docelową górę :)

Czas nam ucieka, więc schodzimy obok zamku Giedymina i próbujemy złapać Ubera. W tym momencie Piotrkowi wysiada telefon. Instalujemy szybko apkę na moim, jednak jest problem z dodaniem karty, a czas biegnie nieubłagalnie. Jest! Wreszcie się udało i jedziemy już do hotelu. Udaje nam się wymeldować „na styk” i próbujemy wydostać się z miasta. O ile wczoraj nie było korków, dzisiaj całe Wilno chce wyjechać tą samą trasą, którą jedziemy my. Przy wylotówce chłopaki jadą na stację benzynową, ja zaliczam jeszcze jedną Maximę, po czym dojeżdżam do nich. Standardowe śniadanie, przy czym kupuję jakiś napój w puszce z groźnie brzmiącym słowem zaczynającym się na alk…, a kończącym symbolem 18%. Kur.. wino w puszce?! Wracam na stację i pytam obsługi, a miła pani na kasie mówi, że to zawartość soku :) Jedziemy w stronę kraju przy wybornej pogodzie. Gdzieniegdzie przebijają się tylko małe chmurki, poza tym świeci słońce i jest jakże odmiennie niż wczoraj rano.

Zatrzymujemy się jeszcze nad Niemnem, by spojrzeć na tą majestatyczną rzekę.

Jednym słowem: piękna. Jedziemy dalej, nie omijając etapu z szutrami.

Wreszcie dojeżdżamy do kraju, gdzie w pierwszej restauracji jemy jakiś normalny posiłek.

Piotrek szuka trasy w stronę Hajnówki i decydujemy, że jedziemy tyle ile będziemy w stanie. Większość trasy przemierzamy szutrami, skracając sobie drogę.

Wieczorem znów robi się coraz zimniej, a gdy zapada zmrok jest już baaardzo zimno. Kostnieją mi palce i znów sobie wypominam w myślach głupią decyzję o braku podpinki. Dojeżdżamy do Kruszynian, gdzie patrol Straży Granicznej poleca nam ciekawy nocleg. Dzwonimy… jest miejsce, więc zaklepujemy i jedziemy do celu. Nocleg jest hmmm…. dość osobliwy. Jeśli czytaliście bajki o babie jadze i wyobrażacie sobie jej drewniany domek na jednej nodze, to jesteście blisko. Z tym, że nasze domki stoją na czterech nogach i są połączone specyficznym systemem jakichś nadziemnych korytarzy. Drewniate chatki ze starymi, wiekowymi łóżkami, pierzynami i skrzypiącą podłogą. Ma to jednak swój urok. Poniżej zdjęcia z następnego poranka:

Wzięliśmy nocleg ze śniadaniem, a że planujemy wystartować rano o szóstej i nie mamy serca budzić właścicielki tak rano, dostajemy śniadanie na kolację. Grupa motocyklistów, która również tam śpi, nie może wyjść z zadumy w jakiej my strefie czasowej żyjemy, że o 22 jemy już śniadanie :) Po „śniadaniu” opadnięci z sił szybko zasypiamy.

 

DZIEŃ IV – 30 wrzesień

Ostatni dzień wyjazdu. Czas na powrót do domu. Wstajemy o 6 i pogoda nas zaskakuje kolejny raz. Jest mróz, a nasze motocykle pokryte są białym szronem.

Nie mamy wyjścia, trzeba i tak jechać. Zajeżdżamy do znanego z przewodników po Polsce meczetu w Kruszynianach. Chwila oględzin i pędzimy dalej.

Znów jest mi niesamowicie zimno i tylko czekam na to, by była chociaż godzina 10, gdy będzie już cieplej. Jadąc przed siebie dojeżdżamy do Hajnówki, gdzie żegnamy się z Piotrkiem. On pędzi inną trasą do domu, a my jeszcze pozwiedzamy po drodze. Kawa, herbata, hot-dog na stacji i jazda. Dojeżdżamy do Świętej Góry Grabarki, która jest najważniejszym miejscem kultu religijnego dla prawosławia w Polsce. Sama cerkiew, jak i jej otoczenie wraz niesamowitym lasem krzyży robią piorunujące wrażenie.

Po zejściu na dół jedziemy dalej. Kierujemy się do Międzyrzecza Podlaskiego, gdzie umówieni jesteśmy ponownie z Danielem. Jednak 40 km przed celem słyszę dziwny dźwięk z silnika. Zatrzymuję się na poboczu i zaczynam badać motocykl. Wyciągam bagnet – suchy, a otworu ulatnia się dymek i swąd spalenizny. Jeszcze wczoraj kontrolowałem olej i wszystko było w porządku, gdzież on się podział. Ściągam pokrywę zaworów, wszystko na swoim miejscu. W międzyczasie dzwonię do Mirka z Kompanii, który przez telefon pomaga mi znaleźć rozwiązanie. Zaglądam do filtra powietrza, a tam pełno syfu. Po dłuższym sprawdzaniu okazuje się, że olej wyrzuciło przez uszczelniacze, a w skrzyni korbowej jest konkretne ciśnienie. W międzyczasie dojeżdża Daniel, a ja kombinuję jak dotrzeć do domu. Mirek wpada na pomysł, by wyprowadzić odpowietrzenie skrzyni korbowej pod bak, zalać olejem i powoli będzie dało się turlać do domu. Chłopaki jadą na stację po olej, a ja się zastanawiam, czy dojadę do domu. W końcu ponad 200 km do domu jeszcze mi zostało. Daniel oferuje swoją pomoc z busem i motocyklem w razie czego, ale decyduję się zaryzykować i jechać dalej. Odprowadza nas jeszcze kawałek, po czym powoli jedziemy dalej, a z Lublina startuje do nas kolejny kompan – Benny, który również proponuje pozostawienie motocykla i podwózkę do domu. Podejmuję decyzję, by nadal jechać. W Kocku odłączam się od chłopaków i dalsze 130 km będę starał się jechać samodzielnie. Kontroluję co jakiś czas stan oleju i turlam się 40km/h. ADV-ka zaczyna jednak palić jak smok i kolejnym moim zmartwieniem jest to, by dotrzeć na najbliższą stację benzynową. Udaje się dojechać do Nałęczowa na oparach, gdzie zalewam pod korek i jadę dalej, bo słońce coraz niżej. Za Poniatową zatrzymuję się w jakichś krzakach na pozbycie się z organizmu nadmiaru płynów. Jak się okaże później, to był błąd. Jadę dalej i widzę już Opole Lubelskie, tutaj czuję się już jakbym był w domu. Po przejechaniu miasta na ostatnim rondzie, coś niestabilnie myszkuje mi tył. Guma…. Przeklęte krzaczory, gdzie się zatrzymałem. Jak pech, to na całego. Jakiś lokalny chłopiec proponuje mi pożyczenie pompki, koło napompowane, ale słychać jak schodzi powietrze. Reperacja, gdy już się ściemnia jest bez sensu, bo zaraz noc, a jutro rano do pracy. Dzwonię do kolegi, który mieszka w Solcu nad Wisłą, czy mogę zostawić u niego motocykl, szybkie dopompowanie do oporu i jadę. Chciałbym szybko, by zrobić jak najwięcej trasy, zanim zejdzie powietrze, ale padnięty silnik nie pozwala. Do Solca udaje mi się dotrzeć na resztkach powietrza, gdzie przesiadam się do samochodu i wracam wreszcie do domu. W domu okazuje się, że zabrałem kufer, a kluczyki w stacyjce motocykla. Pech nie daje o sobie zapomnieć, bo w kufrze ładowarki, ciuchy, zakupy, itd. Szybkie podejrzenie ceny wkładki zamka do kufra Kappy, przeliczenie ile czasu i paliwa kosztowałby mnie wyjazd po kluczyki, wiertarka w dłoń i mam wszystko. Teraz już tylko chcę spokojnie przespać noc….

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s