Przystanek Wilno – część I

Nadeszła zima, więc mam odrobinę więcej czasu na pisanie. Dlatego też dzisiaj przedstawię Wam swój ostatni wyjazd w sezonie 2018.

 

DZIEŃ I – 27 wrzesień

Budzik ściąga mnie z łóżka o 5 rano. Za oknem jeszcze ciemno i niezbyt ciepło, więc spokojnie jem śniadanie i pakuję się zupełnie spontanicznie na wyjazd. Chcę zminimalizować bagaż do granic rozsądku, więc wrzucam najpotrzebniejsze rzeczy, podpinkę zabieram tylko w spodnie. W końcu zabrałem komplet podpinek do Rumunii, gdzie w górach miało być zimno i tylko zajmowały miejsce w kufrze. Tutaj nie powinienem zmarznąć. Startuję niebawem do Annopola, gdzie umówiony jestem z Piotrkem, który już wcześniej wyjechał z domu na swojej CRF250L i również pędzi na spotkanie. Nie byłbym sobą, gdybym nie zjechał w szutry i do Annopola 90% trasy wiedzie mnie poza asfaltem. Tam na Orlenie szybka kawa i serwis w postaci naciągania łańcucha oraz wymiany żarówek w oczekiwaniu na Piotrka. Po dłuższej chwili pojawia się Piotrek, więc szybko pędzimy do Kraśnika, bo mamy lekkie opóźnienie, a tam już czeka mój nieodłączny kompan podróży – Dziadek Cygan, zwany kiedyś Krzychem wraz ze swoją dzielną ADV-ką :P Kierujemy się do Lublina, gdzie w tamtejszym NFZ-cie wyrobimy nowe EKUZ-y, gdyż stare straciły ważność. Sprawność systemu wydawania kart i obsługa na najwyższym poziomie. Gdyby te panie szkoliły inne urzędy z efektywności pracy, nigdzie nie mielibyśmy kolejek :)

Jedziemy dalej i na wylotówce z Lublina na Białystok napotykamy ogromny korek, zjeżdżamy więc na stację benzynową, gdzie przy tradycyjnym hot-dogu i kawie Piotrek robi regulację szprych i naciąg łańcucha.

Korek nie ma końca, więc decydujemy się na mozolne omijanie stojących aut, aż wreszcie zjeżdżamy z DK19, by podgonić tempo mniej uczęszczanymi drogami. Z deszczu pod rynnę… Trafiliśmy na remonty i wahadła co kilka km. Wracamy po jakimś czasie na „dziewiętnastkę”, gdzie wyjeżdża nam na spotkanie Daniel na swojej ADV-ce, której żadne błota niestraszne :)

Przy okazji korzystamy z przydrożnej restauracji na zjedzenie obiadu. Zamawiamy jedno, dostajemy całkowicie coś innego, ale ważne że smacznie, więc nie ma co narzekać.

Żegnamy się z Danielem i pędzimy dalej, by wreszcie zjechać z głównej trasy i kontemplować widoki. Co ciekawe, bardziej od krajobrazów nasze oczy cieszą coraz to ciekawsze nazwy miejscowości. O ile fajniej mieszkać w miejscowości, która nie ma oklepanej nudnej nazwy, a coś sympatycznego, uroczego, czasem egzotycznego. Dla mnie bomba. Przykłady mijanych miejscowości albo drogowskazów? Ależ proszę: Kłopoty-Stanisławy, Czaje-Bagno, Niemyje-Ząbki, Kostry-Noski, Perki-Bujenki itd. Mógłbym wymieniać godzinami, z każdą mijaną miejscowością szczęka opadała coraz niżej ku poklaskowi oryginalnego nazewnictwa. Dojechaliśmy wreszcie do zamku w Tykocinie, gdzie urządziliśmy sobie chwilowy postój.

Po kolejnym krótkim odcinku wjechaliśmy do Biebrzańskiego Parku Narodowego i oczy zaiskrzyły nam od piękna otaczającej przyrody.

Można by zatrzymywać się co chwila, by podziwiać piękno krajobrazu, a najlepszym rozwiązaniem byłaby piesza wycieczka. Niestety nas gonił powoli czas, bo było już po 17, a z końcem września długość dnia drastycznie spadła, przez co kolejne kilometry były walką z czasem, by możliwie przed zmierzchem dojechać do Augustowa, który był naszym celem. Augustów witamy wraz z zachodzącym słońcem. Na Bookingu zaklepałem wcześniej pokoje o nazwie Apartamenty u Marzenki o megaatrakcyjnej cenie 40 zł za osobę, więc szukamy docelowego miejsca. Dojeżdżamy pod wskazany adres i pierwsze wrażenia są mieszane. Ciąg zwykłych domów, żadnego szyldu, zastanawiamy się nad anulowaniem rezerwacji. Jakże mylne są czasem pierwsze wrażenia. Pokoje super wyposażone jak na tak niską cenę, a właścicielka to najbardziej uczynna osoba, jaką było mi dane wtedy spotkać. Po rozpakowaniu się okazuje się, że zapomniałem… zwykłych spodni. Właścicielka mówi mi, gdzie o tej godzinie jeszcze mogę coś kupić. Do 19 jest czynne Pepco w niedalekiej okolicy. Wsiadam więc na ADV-kę i pędzę, bo jest 18:50. Udaje mi się znaleźć sklep i kupić spodnie. Po powrocie okazuje się, że czeka na mnie i ma kilka alternatywnych rozwiązań, gdyby moje zakupy zakończyły się fiaskiem. Przebieramy się więc i idziemy na zwiedzanie miasta.

Miejscowość wygląda bardzo ładnie, śliczny ryneczek, mijamy słynnego Albatrosa…

…docieramy do knajpy nad samym brzegiem Netty, gdzie posilamy się pizzą i piwem na kolację.

Potem przenosimy się do baru zlokalizowanego na pomoście, by zasmakować mocniejszych trunków. To tutaj zakochuję się w whisky o nazwie Amrut, którego smak jest niepowtarzalny.

Niebawem wracamy na miejsce naszego noclegu, w końcu jutro trzeba pędzić do Wilna. Dzisiejszy przebieg 468 km.

 

DZIEŃ II – 28 wrzesień

Wstajemy rano, pakujemy się i ruszamy w drogę. Dzisiaj mamy trochę luzu, bo raptem 250 km do zrobienia, więc nie ma parcia na dotarcie do celu jak najszybciej. Wyjeżdżamy z Augustowa i kierujemy się w stronę granicy. Trochę przegapiamy sprawę i mijamy w Gibach miejsce upamiętniające ofiary Obławy Augustowskiej. Zjeżdżamy do Sejn, by się zatankować i zjeść tradycyjne śniadanie w postaci hot-doga i kawy, a nad nami coraz mniej przyjemnie kłębią się ciemne chmury. Zaczyna kropić deszcz, więc przebieramy się w przeciwdeszczówki. Z racji oszczędności miejsca w kufrze i wagi bagażu moja przeciwdeszczówka to płaszcz foliowy z Proline’a. Miejsca złączeń z rękawicami i przód łączony guzikami uszczelniam nieodzowną taśmą naprawczą. Chłopaki mają polewkę, bo wyglądam jak uchodźca :) Najważniejsze, by nie zmoknąć. Na granicy polsko-litewskiej deszcz leje już jak oszalały, a mój prowizoryczny strój może i chroni odrobinę przed wodą, ale w ogóle nie chroni mnie przed przenikliwym zimnem.

Wspominam swoją głupią decyzję o pozostawieniu podpinki w domu – teraz okazałaby się zbawienna. Zimno przenika każdy centymetr mojego ciała, a nos wypełnia się katarem, jednakże uparcie jadę dalej w deszczu, który wcale nie zamierza przestać padać. Patrzę na moich towarzyszy – przeciwdeszczówki, włączone grzanetki, a tu człowiek na partyzanta zamarza i w najlepszym przypadku skończy się to zapaleniem płuc. Po kilkudziesięciu kilometrach po litewskiej stronie nie daję już rady. Zjeżdżamy na stację benzynową, gdzie oznajmiam chłopakom, że wracam, bo już nie wytrzymam dłużej hektolitrów wody na głowę, zimnego wiatru i dreszczy. Po dłuższych pertraktacjach chłopakom udaje się mnie namówić na dalszą jazdę. Piotrek ciągle obiecuje poprawę pogody i ratuje mnie swoją kominiarką :) Staje na tym, że jadę dalej z nimi, ale musimy wziąć nocleg w miejscu, gdzie będzie wanna – kąpiel we wrzątku na pewno mi pomoże. Jedziemy więc dalej. Wjeżdżamy na szutry, którymi jedzie mi się jakoś przyjemniej, deszcz też jakiś mniejszy.

Wreszcie dojeżdżamy do Wilna, gdzie pogoda nie jest taka zła, a pomiędzy chmurami nieśmiało przebija się słońce. Zrzucam ten nieszczęsny prowizoryczny płaszcz i wpadam na stację po jakieś gripexy itp. specyfiki.

Standardowo bierzemy też kawę, a do tego ciekawostkę, której na naszych stacjach nie widziałem – burgery zamiast hot dogów. Rezerwujemy także hotel. Z wanną :) Po zameldowaniu się w hotelu przebieramy się w cywilne ciuchy i uderzamy na miasto. Znów zaczyna padać deszcz, aczkolwiek lekki i szybko mija. My degustujemy lokalne dania w jednej z restauracji, w tym sławne cepeliny.

Później idziemy na zwiedzanie starówki, w tym Ostrej Bramy.

Sprawdzam na mapie i okazuje się, że niedaleko jest cmentarz na Rossie, więc wybieramy się tam pieszo.

Po odwiedzeniu cmentarza wpadamy do marketu na zakupy i wracamy do hotelu. Co ciekawe nie widzieliśmy tam marketów znanych nam w Polsce, za to lokalna sieć Maxima ma tak fajnie wyposażone markety, że nic więcej do szczęścia jest im tam niepotrzebne. Nam zresztą też. Zaopatrujemy się w prowizoryczną kolację, lokalną wódkę 999 na bazie ziół oraz ich kawior. Z ciekawostek – mają tam bezalkoholowe wina. Po chwilowym odpoczynku w hotelu wychodzimy wieczorem na miasto. Wybieramy niedaleki bar o nazwie Elektrit, gdzie serwują suszoną wołowinę, ogromną ilość nietypowych piw i gdzie lokalesi spędzają czas na słuchaniu fajnej muzyki oraz graniu w steeldarta. Wtapiamy się w tłum bawimy się dobrze do bardzo późnych godzin testując ciekawe piwo, jedząc wołowinę i rozmawiając z Litwinami, którzy opowiadają nam o ich kraju, sytuacji życiowej, jak się żyje na Litwie.

Wreszcie zapada decyzja o powrocie do hotelu. Taki bar, w którym widać lokalną kulturę, w którym nie ma turystów jest świetnym rozwiązaniem, by poznać bliżej ludzi stąd. Na pewno lepszym niż oklepane miejsca, gdzie jest więcej turystów niż lokalsów. W końcu rano musimy być rześcy i wypoczęci na kolejny etap zwiedzania miasta i trasę powrotną. Ja jeszcze korzystam z gorącej kąpieli i wydaje mi się, że przeziębienie zostało opanowane.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s