Projekt Rumunia cz. 3

Dzień 5
Cartisoara – Avrig –  trasa 7D – Transfagarasan (południowa) – Ramnicu Valcea (312 km)

Wita nas kolejny piękny poranek. Wieczorem ustaliliśmy trasę, więc powoli się pakujemy i wyruszamy zdobyć południową część Transfogary. Skracamy sobie drogę z trasy E68 do trasy nr 7 przez miejscowość Avrig, więc na stację z kawą liczyć raczej nie możemy. Krajowa siódemka natomiast tak nas urzeka swoim wyglądem, że przez długi czas jeszcze jedziemy, aż znajdujemy przydrożny bar ze straganem, gdzie zatrzymujemy się na poranną dawkę kofeiny.

A sama siódemka wygląda mniej więcej tak:

Do trasy Transfogaraskiej znalazłem skrót oznaczony numerem 7D, więc spodziewamy się krętej asfaltowej drogi. Rzeczywistość okazuje się inna :) Jeśli moja trasa terenowa ze Słupi, albo Darka droga na Truskolaską byłyby w Rumunii, otrzymałyby swój numer i były zaznaczone na mapach :) Kilkadziesiąt km po szutrach, bajka :D Gdyby ktoś kiedyś wybierał się w tamte rejony KONIECZNIE niech przejedzie się 7D, na pewno nie będzie zawiedziony.

Droga rewelacyjna! Wywarła na nas naprawdę duże wrażenie. To na niej spotkaliśmy stado dzikich koni. My do nich z dystansem, one się nas nie krępowały.

Dojechaliśmy wreszcie do początku Transfogaraskiej i mogliśmy gonić już w górę. Zatrzymaliśmy się jeszcze w okolicach zamku Drakuli na coś do jedzenia. Jedziemy 5 dzień, więc wreszcie pasowałoby spróbować jakąś ciorbę. Wybrany przez nas lokal Pensiunea La Cetate był strzałem w dziesiątkę. Podchodziliśmy z rezerwą, że ceny mogą zwalić nas z nóg, a tu jednak przystępne. Kelner, który nas zobaczył i nasze tablice na wstępie nas przywidał „Lewandowski! Błaszczykowski! Kur*a! Dobra!” :) A potem jeszcze pyta „How do you speak f*cking good?”, mówię, że „zaje*iście”, a ten banan od ucha do ucha, powtórzył, zapamiętał i poszedł :)
Taką oto zupką nas uraczył po kilku minutach:

Najedzeni wyruszyliśmy dalej podejmując decyzję, że nigdzie się nie zatrzymujemy, aż dojedziemy do zakazu, a na fotki będziemy zatrzymywać się na powrocie. Część Transfogaraskiej do samej zapory jest piękna, potem przez kilkadziesiąt km robi się nudno. Jedzie się, bo się jedzie i d*** nie urywa. Dojeżdżamy wreszcie do informacji o zakazie.

Ruszamy dalej i niebawem lądujemy przy właściwej bramce z zakazem. Dalej już się nie pojedzie.

Na górze jest jednak fajny wodospad, więc może byśmy podeszli tam kawałek…

Namawiam chłopaków, żebyśmy poszli na skróty po trawie pod górę, zamiast kluczyć asfaltem dookoła. Oni jednak trzeźwo oceniają, że to nie jest na nasze ciuchy i kondycję. Co? Ja nie wejdę? :D Rozdzielamy się i umawiamy na górze. Wchodzę zadowolony, że idzie mi gładko i nie będę musiał tyle iść. W połowie jednak muszę przysiąść. Kurczak, jednak jest bardziej stromo i męcząco niż mi się wydawało :) Zdjęcia tego nie oddadzą i wydaje się, że to gładkie podejście. Mnie z dołu też się tak wydawało :P

Widzę za to chłopaków, którzy spokojnym krokiem idą sobie po asfalcie.

Po krótkim odpoczynku walczę z podejściem, kamienie, trawa, kamienie, trawa i tak w kółko. Serce o mało nie wyskoczy mi z piersi, ale widzę, że już jestem blisko iiiiii….. pierwszy! :) Tylko, że potem trzeba było położyć się na asfalcie i łapać oddech, by zawału nie dostać :P

A hotel i nasze motocykle są tam. Jednak kawałek pod górę był :P

Chłopaki fotografują sobie jeszcze wodospad, a ja próbuję dojść do siebie :) Zejście na dół już wybieram z nimi, bez żadnych skrótów. Gdy dochodzimy do motocykli, decydujemy, że jak widzimy coś ciekawego, to zatrzymujemy się pojedynczo, a spotykamy się na zaporze. Ja po takim „spacerku” już wiem, że nic mnie nie interesuje, tylko zapora :) Po drodze staram się nie usnąć, bo zmęczenie plus nuda mogą spowodować niebezpieczną sytuację. Liczę monotonnie każdy kilometr, co wydłuża jeszcze tą trasę. Wreszcie jest i ona… sławna zapora z Ceresitem na ścianie.

Sama woda przy zaporze brudna i zasyfiona, natomiast widok z drugiej strony zwala z nóg. Tego nie da się przekazać żadnym zdjęciem, czy filmikiem, to trzeba zobaczyć na żywo. Coś mega, mega, mega niesamowitego.

Przy zaporze widzimy też fajny znak, z którym nie omieszkamy sobie zrobić zdjęcia :P

Testujemy tunel i kawałek trasy do Cumpanii, po czym dochodzimy do wniosku, że drugi raz trzeba będzie pojechać tędy, szutrami, droga może być ciekawsza niż asfaltem a wychodzi na nowo na Transfogaraskiej wyżej, gdzie już są fajniejsze widoki. Podczas rozmowy okazuje się, że każdy z nas odczuwa już zmęczenie tą dzisiejszą wyprawą, więc jedziemy w stronę noclegu do miasteczka Ramnicu Valcea. Dojeżdżamy do pensjonatu. Cena to standardowe 50 lei, a warunki znów baaardzo fajne.

Do tego recepcjonistka, która jest chyba najsympatyczniejszą osobą, jaką spotkaliśmy na tym wyjeździe (a spotkaliśmy ich dużo). Po zajęciu pokoju schodzimy pod basen, ona proponuje nam coś do jedzenia, a my styrani trasą zjedlibyśmy coś kalorycznego, może pizzę? Nie mają pizzerii na miejscu, ale daje nam adresy stron pizzerii w mieście. Jakoś mi to nie hula na moim telefonie, więc zostawia nam swój prywatny, na którym wybieramy sobie pizzę, po czym ona nam wszystko ogarnia i zamawia.  Idziemy jeszcze do lokalnego Kauflanda na zakupy na śniadanie i piwo na wieczór. Po zjedzeniu pizzy odrobina alkoholu, tv i usypiamy jak małe dzieci. To był fizycznie strasznie męczący dzień…

 

Dzień 6
Ramnicu Valcea – Transalpina – Sebes – Alba Iulia – Campeni – Beius (402 km)

Wstajemy z zamiarem ataku Transalpiny i jazdy w stronę Węgier ile się da, bo jutro wieczorem chcemy się spotkać z Mirkiem w Bogacs. Najpierw śniadanko na balkonie. Ja jako miłośnik Mullermilch wyczaiłem smak, którego u nas nie było i oczywiście zakupiłem:

Po śniadaniu grzejemy w stronę Transalpiny. To był dzień, gdzie z rana jechało mi się jakoś bardzo ciężko. Łapał mnie kryzys fizyczny, psychicznie też mi się nie chciało jechać. Dopiero podczas picia kawy przy tym znaku dostałem kopa energii. Nie wiem czy to znak, czy kawa tak zadziałały :)

Jeszcze na stacji przed samą trasą chwila pogaduch z Czeską grupą i czas na przygodę. Transalpina już od samego początku jest inna niż Transfogaraska. Nie da się porównać tych tras. To tak jakbyśmy porównali pierogi do pizzy. Obydwa te dania są jedzeniem, obydwa pyszne, ale obydwa całkiem inne. Podjazdy na Transalpinę od południa są bardziej agresywne już od samego początku. Tutaj pochylenie drogi jest zdecydowanie większe niż na Transfogaraskiej.

Bardzo szybko też pojawiają się zapierające dech w piersiach widoki i ogrom przestrzeni dookoła.

Spotykamy też tutaj zdecydowanie więcej motocyklistów i nawierzchnia jest perfekcyjna.

Spotykamy też Polaków, w tym człowieka który zagaduje mnie o blachy i okazuje się, że jest ze Skarżyska. Raptem 60 km od mojego rodzinnego Ostrowca. Spotykamy też Polaka na GS-ie, który widząc Romeciki podnosi kciuk w górę.
Dojeżdżamy do straganów, gdzie widoki na tyłach budek są przepiękne

Przy straganach nasze motocykle ogląda grupa czeskich motocyklistów. Dziwują się co to za „ustrojstwo”, „Romet???” :) Jesteśmy dosyć wysoko, ale okazuje się, że pojedziemy jeszcze wyżej. Transalpina poraża widokami i serpentynami. Chce się jeszcze i jeszcze, i się to otrzymuje. Dojechaliśmy do tablicy, która sugeruje najwyższy punkt tej trasy. Nie mogło obyć się bez pamiątkowej fotki :)

Dostrzegamy też jakieś ślady na trawie, da się wyjechać na sam szczyt, więc jak tu nie skorzystać z takiej okazji. Podjazd nie wydaje się trudny, ale na tej wysokości chłopaków ADV-ki odpuszczają w połowie. Ja wyjeżdżam na szczyt ale zmęczony jak po wczorajszym spacerze na Transfogaraskiej, albo jeszcze gorzej. Klikam parę fotek i trzeba uciekać na dół. Wyżej już się nie da :)

Zaczyna się zjazd w dół. Przez chwilę leci się po genialnych serpentynach, prawo, lewo, prawo, lewo, prawo, lewo i mega pochylenie, czad… Gdy zjeżdżamy już do jakiejś sensownej wysokości pora na postój. Zatrzymujemy się na fajnej polance przy strumyku.

Dziadek Cygan raczy się kolejną kawą:

A ja robię poprawkę na mojej nieszczęsnej śrubie spustowej. Zapobiegawczo lepiej dodać jeszcze warstewkę kleju, choć póki co, wszystko jest ok.

Jedziemy dalej. Pora coś zjeść, więc zatrzymujemy się przy barze, gdzie jest dużo motocyklistów. Niestety obsługa chyba takiej ilości ludzi się nie spodziewała i 3/4 dań nie ma, więc jedziemy do następnego baru, a słońce pali niemiłosiernie.

Po drodze zatrzymujemy się przy fajnym widoczku na chwilę, a potem przy ciekawej zaporze, gdzie spotykamy kolejną grupę motocyklistów, tym razem Rumuni. Chwila pogaduch i jedziemy dalej, bo jesteśmy przecież głodni :)

Dojeżdżamy wreszcie do jednej z knajp, gdzie siedzą znajomi Czesi.To pierwsza knajpa, która mnie rozczarowała. Raz, że obsługa raczyła podejść do stolika po 15 minutach i zwróceniu uwagi, dwa, że zupa była baaaardzo średnia. Trzeba zmykać z tego miejsca jak najdalej. Dojeżdżamy do Sebes, gdzie na stacji chłodzimy się lodami. Podejmujemy decyzję, że nie rezerwujemy noclegu. Gdzie dojedziemy tam zaklepiemy dopiero, a jesteśmy znów wycieńczeni po ciężkiej trasie. Plan optymalny to Campeni. Gonimy więc podziwiając widoki (mnie się trochę marzy zobaczyć prostą drogę po horyzont, a nie grzać te hamulce po ciągłych serpentynach :P). Dojeżdżamy do Campeni, ale jakoś dajemy radę, więc może jeszcze ze 20 km spróbujemy. Dojeżdżamy do Stei, które leży już przy głównej trasie i czujemy napływ sił. Gonimy więc jeszcze ile się da. Zaczyna się robić późno, choć power jest, że dojechalibyśmy do samej Oradei. Rozsądnie już jednak rozejrzeć się na miejscu za noclegiem. Beius wygląda na większy ośrodek, więc tam kluczymy w poszukiwaniu hotelu, ale wszystko już pozajmowane. Ktoś podpowiada, że jak wrócimy kilka km, to tam mogą być miejsca w motelu. Wracamy więc i widząc standardy zastanawiam się, czy jest sens pytać w ogóle o cenę, bo może nas wyrwać z butów. Krzychu namawia jednak, by zapytać i jak się okazuje, cena to… 50 lei. Nie ma się co zastanawiać, trzeba się rozpakować. Schodzimy z pokoju na dół, zamawiamy kolację, bierzemy piwko, a po kolacji czas pomoczyć się w termach. Do wyboru 30, 36 i 38 stopni. Wchodzimy do najcieplejszej i czujemy takie orzeźwienie i odprężenie, jakiego nie da się opisać. Późno już, więc jesteśmy sami w basenie, więc obsługa włącza nam na dokładkę jacuzzi. Aż nie chce się wychodzić, ale jeszcze sen i dalsza droga przed nami. Po takiej kąpieli spaliśmy jak baranki :)

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s