Projekt Rumunia cz. 2

Dzień 3
Sapanta – Syhot Marmaroski – Borsa – Kimpulung Mołdawski – trasa Transrarau – Bicaz – Gheorgheni (402 km + kluczenie w poszukiwaniu noclegu, więc doszło kilka dobrych km).
Niedziela, dzień moich urodzin :) Wstajemy rano, pakujemy się i ruszamy w trasę. Kilka km za Sapantą słyszę potężne łuuuup. Zapomniałem zatrzasnąć kufra i jechał na luźno aż wreszcie spadł na którejś z nierówności po drodze. Fajny klimat poranny, ludzie siedzą sobie w otwartych od wczesnego poranka knajpkach, nieśpiesznie włóczą się po okolicy. Pierwsze większe miasto po drodze to Syhot Marmaroski.

Chłopaki szukają kantoru, więc zatrzymujemy się w centrum. Bacznie przygląda nam się grupka wyglądająca na jakieś kolonie/wycieczkę. Tuż przy nich widzę pomnik… gwoździa. Podchodzę więc zapytać co to jest. Okazuje się, że jest to symbol najdalej wysuniętego na północ miasta w Rumunii. W rewanżu grupka wypytuje nas skąd jedziemy, dokąd jedziemy, co nam się podoba u nich, itd. Jesteśmy dla nich atrakcją turystyczną. W ogóle jakoś motocykle w Rumunii to rzadkość, a jeśli się trafiają, to zazwyczaj przybysze z innych krajów, tak jak my. Robimy sobie pamiątkowe foto i lecimy dalej.

Po drodze nasz wzrok przykuwają ludzie poubierani na ludowo. Od najmniejszych dzieciątek po starowinki i starców, 9 na 10 osób podąża na mszę w tradycyjnych strojach. Folklor w przeciwieństwie do naszych rejonów jest tam celebrowany, a nie traktowany jako powód do wstydu. Przed jednym z takich kościółków się zatrzymujemy, by popatrzeć jak wygląda rumuńska msza.

Powiem Wam, że super brzmią ci ludzie :) Słuchamy trochę, ale że plan napięty, to wsiadamy na motocykle i pędzimy dalej. Po drodze mamy coraz fajniejsze krajobrazy.

Zatrzymujemy się jeszcze po drodze na kawę na stacji benzynowej. Na stacjach można spotkać bardzo dużo automatów z kawą za 1 leja. Można też spotkać duże grupy policjantów na śniadaniach przy stacjach benzynowych. W ogóle przez cały wyjazd w Rumunii napotkaliśmy stosunkowo dużo patroli i policjantów, jednak nikt nas nie niepokoił. Gdy dojeżdżamy do Borsy robimy się głodni i postanawiamy poszukać czegoś do jedzenia. Jako, że nic ciekawego nie ma, decydujemy się na sandwiche w jednym z barów. Pani nie mówi po angielsku, więc wybór z czym ten sandwich będzie, to takie jedzeniowe lotto :) Sandwiche nie były jednak takie złe i pierwszy głód został zaspokojony.

Jedziemy powoli dalej ciesząc oczy pięknymi widokami po drodze.

Czasem zdarza się, że drogi zaznaczone jako jedne z główniejszych na mapie mają szutrową nawierzchnię, a te zaznaczone jako podrzędne najgorszej kategorii – super asfalt. Tutaj ich krajowa 18

W pewnym momencie mylę drogę i skręcam za wcześnie, o czym zaczynam się domyślać po kilku km. Generalnie cały wyjazd jechaliśmy bez pomocy nawigacji (Krzychu miał jakąś, która wymyślała niestworzone trasy, więc kilka razy skorzystaliśmy z niej w miastach, a tak to papierowa mapa w dłoń, numery dróg i nazwy miejscowości do zapamiętania, i tak każdego dnia), ale taka pomyłka zdarzyła się nam chyba tylko raz. Pomyłka na szczęście była korzystna. W mieście Kimpulung Mołdawski pytam na stacji przypadkowego człowieka o drogę do Bicaz i mówię skąd jedziemy oraz, że się walnąłem na rozjazdach. Facet opisuje mi trasę na skróty, która wg niego jest idealna dla motocyklistów. Wracamy więc do miejscowości Pojorata i skręcamy w jakąś lokalną drogę. Za chwilę pędzimy serpentynami do góry, super nawierzchnia, aż lądujemy na 1650 metrach n.p.m. Widoki przepiękne. To Transrarau.

Od tych widoków aż moja ADV-ka omdlała i przewróciła się na bok na postoju. Te widoki to jednak nic w porównaniu do tego, co czeka nas dalej. Jedziemy w dół rewelacyjną trasą. Asfalt wąziutki na szerokość jednego auta, ostre i strome serpentyny, z jednej strony ściana skał w górę, z drugiej przepaść w dół z barierkami od czasu do czasu. Wrażenie niesamowite, a moja kamerka się…. zawiesiła. Jakieś fatum kurczę, akurat w takim miejscu musiała. Wpadamy już na krajówkę i lecimy dalej po pięknych serpentynach. W pewnym momencie zatrzymuję się na bocznej zatoczce, by zapytać chłopaków, czy wracamy zrobić foto kilka winkli do góry. Patrzę w tym czasie na swoją kierownicę i dostaję gęsiej skórki. Nie mam kamerki, wisi tylko kikut mocowania. Jak wyjeżdżałem po upadku, to jeszcze była, więc pewnie spadła po drodze i już jest przejechana przez dziesiątki samochodów…. Odwracam się, a tam…. leży na zatoczce za nami, gdzie się przed chwilą zatrzymaliśmy. Szczęście w nieszczęściu i to duże szczęście. Upadek musiał spowodować pęknięcie mocowania, a przy zahamowaniu po prostu spadła. Pewnie jakbyśmy nie zatrzymywali się na zatoczce, to nawet nie zauważyłbym kiedy i gdzie by odpadła. Chowam ją do plecaka i pędzimy dalej. Po zjechaniu z Transrarau już większość przejeżdżanych winkli i serpentyn nie była tak efektowna, a nawierzchnia skutecznie zniechęcała do jazdy. Planowaliśmy, że nocleg znajdziemy w Bicaz tuż za zaporą, a przed przełęczą, którą przejedziemy rano. Dojechaliśmy wreszcie do zapory, gdzie spotkaliśmy dwóch rumuńskich motocyklistów, z którymi wdaliśmy się w pogawędkę. Podjechało w tym czasie BMW, z którego usłyszeliśmy polskie słowa. To parka, która mieszka w Irlandii i zwiedza motocyklem Rumunię. I po raz kolejny zainteresowanie naszymi Rometami :) Mijaliśmy się po drodze kilka razy, aż wreszcie spotkaliśmy się nad zaporą.

Oni jadą spać w okolice przełęczy, my już myslimy o noclegu w Bicaz. Jakie było nasze zdziwienie, gdy zobaczyliśmy, że to jednak nie jest dobry pomysł by tam spać. Cygańskie miasteczko, które lata świetności ma za sobą. Lecimy więc dalej. Tym sposobem dojechaliśmy do przełęczy Bicaz. Noclegu nie mamy, w okolicy żadnych miejsc do spania, a godzina już późna.

Spotykamy parkę na BMW, dają mi namiary na siebie, że w razie gdybyśmy nic nie znaleźli oni w swoim hotelu coś nam ogarną. Plan awaryjny już jest, tyle że ich hotel jest sporo km na wschód, a my chcemy jechać na zachód, więc ryzykujemy i jedziemy dalej. Wjeżdżamy do miejscowości Lacu Rosu, która wydaje się wypoczynkową. Minus jednak taki, że nie wygląda by ktoś tam mówił po angielsku, a próby rozmów z ludźmi, którzy ściskają tabliczki „Cazare” spełzają na niczym. Za cholerę nie idzie się z nimi dogadać, nawet na migi…. Jeździmy po miejscowości i okolicach w tą i z powrotem. Obiecałem Krzychowi, że na przełęcz wrócimy, ale nocleg jest dla nas priorytetem. Znajduję na Booking jakiś hotel w Gheorgheni, juz jest ciemno, ale ryzykujemy i jedziemy jeszcze te kilkadziesiąt km. Udaje się nam dotrzeć o późnej porze i wynająć pokój. Standardowo 50 lei na głowę i dosyć fajny standard. Co mnie martwi, to to, że jesteśmy tam chyba jedynymi gośćmi, babka z dołu wygląda jakoś upiornie, a chłopak nas obsługujący mówi lepiej po angielsku od nas, wygląda dostojnie, no kurde, a jak to wampiry i nas w nocy wp…ą? Autentycznie dzwoniłem do Mirka i mu opowiadałem o tych obawach :) A na dodatek chłopak z obsługi specjalnie dla nas trzech otworzył restaurację na dole i ściągnął kucharza! no coś musi być nie tak :) Na szczęście rano obudziliśmy się cali i zdrowi :)

Dzień 4
Gheorgheni – Sighisoara – Cartisoara – Transfagarasan (północ) – Cartisoara (252 km)Budzimy się niepogryzieni przez wampiry, więc czas się pakować i ruszać w dalszą drogę. To pierwszy dzień, gdy organizm czuje już zmęczenie codzienną jazdą po fatalnych nawierzchniach, wśród nawiedzonych kierowców, którzy jeżdżą jak chcą i wszechobecnych zakrętach. Na parkingu hotelowym robimy jeszcze przeglądy naszych maszyn. Moja śruba spustowa trzyma się dzielnie. Wychodzimy do centrum na jakieś zakupy na śniadanie. Od samego początku pobytu w Rumunii zauważyliśmy ogrom różnego rodzaju crossaintów w sklepach. To chyba ichniejszy przysmak śniadaniowy, bo są tego masy, do wyboru do koloru, smaki, polewy, itd. Krzychu chce jeszcze wracać na przełęcz Bicaz, by zwiedzić ją jeszcze raz, ale z logistycznego punktu widzenia raczej to niemożliwe, bo raz, że nadrabiamy kilometry i mamy mniej czasu, dwa że gdyby warunki pogodowe, bądź inne zdarzenia losowe zepsuły nam dalsze plany, to z czegoś będzie trzeba zrezygnować. Ciśniemy więc na Sighisoarę, a ogólne założenie jest takie, by wstać rano pod Tranfogaraską. Po drodze z Gheorgheni do Sighisoary nie ma praktycznie żadnych punktów, gdzie moglibyśmy wypić kawę i zjeść coś na szybko. Znajdujemy jakieś małe miasteczko, gdzie jest dziesiątki straganów, ale żadnej knajpy. Robimy więc zakupy w miejscowym markecie i jedziemy szukać ustronnego miejsca na późne śniadanie w plenerze. Znajduję jakąś polankę przy opuszczonym domu i tam robimy postój.Po posileniu się i odpoczynku jedziemy dalej. Prawie wjeżdżam w tył jakiegoś rumuńskiego samochodu, gdy standardowo autochton 10 metrów przed skrzyżowaniem wrzuca kierunkowskaz w lewo i ostro hamuje. Opony w ADV-ce zagrały, lekkim bokiem jak Woffinden w łuku stadionu żużlowego poszedłem, ale się udało wyhamować. Polak na Romecie obtrąbił rumuńskiego kierowcę w jego terenie :) Dojeżdżamy do Sighisoary. Dużo turystów, mało miejsca do zaparkowania, a parkomaty opisane tylko po rumuńsku. Zagaduję więc do jakiejś kobiety po angielsku, czy motocykle mogą tu parkować za darmo, a ona na to, że „możesz spokojnie mówić do mnie po polsku” :) Było to jakieś rumuńskie święto i parkingi były za free, więc poszliśmy na stare miasto. To było pierwsze miejsce, gdzie małe cygańskie dzieci zagadywały o pieniądze. Samo miasteczko to coś pomiędzy naszym Kazimierzem Dolnym, a Sandomierzem. Starówka bardzo ładna.

Mieliśmy okazję obejrzeć dom, gdzie urodził się Vlad Dracula. W ryneczku spotykamy rumuńskich motocyklistów, którzy pytają, co powinni zobaczyć w Polsce. Z rozbrajającą szczerością mówię im, że po tym, co zobaczyliśmy w Rumunii to nic :) Wreszcie polecamy im Kraków i Kotlinę Kłodzką z naciskiem na kompleks Riese. Bo w zasadzie co możemy im zaproponować? Szosę stu zakrętów, czy Wielką Pętlę Bieszczadzką? :D

Z Sighisoary jedziemy dalej w stronę gór Fogarskich. Po drodze spotykamy pastuszka ze stadem owiec.

W tle już majaczą karpackie szczyty. Dojeżdżamy wreszcie do jakiejś zapory, z której już doskonale widać, co nas czeka niebawem.

Dojeżdżamy do Cartisoary. Zaklepaliśmy sobie wcześniej nocleg, więc idziemy się rozpakować i obejrzeć pokoje. Pensjonat bardzo fajny pod kątem spędzania czasu na miejscu. Grille, stół do pingponga, plac zabaw itp. Krzychu za bramą słyszy podjeżdżające motocykle i coś w stylu „Kur*a stary Romety!!!” :) Podjechało dwóch Polaków, jeden na Africe Twin, drugi na dużej Aprilli. Trochę pogaduch i dołączają do nas po drodze na górę. Jeszcze tylko jakaś mołdawska parka chce sobie zrobić zdjęcia przy naszych motocyklach i możemy ruszać dalej.

Jedziemy obadać trasę Transfogaraską od północy. Dzień wcześniej dowiedzieliśmy się od lokalnych motocyklistów, że przy zakazie stoi samochód pilnujący, by nikt wyżej nie wjechał. Winkle od samego dołu robią już wrażenie. Wbijamy się coraz wyżej, aż dojeżdżamy do zakazu. Chłopaki odłączają się od nas w poszukiwaniu noclegu.

Spotykamy parę rosyjskich motocyklistów, którzy mówią, że przejechać się nie da, ale spróbować możemy. To kolejni ludzie, którzy z zaciekawieniem oglądają nasze Romety. Za zakaz wjeżdża rumuńska Hayabusa, potem grupa motocyklistów z Czech, więc próbujemy i my zaatakować, zobaczyć, czy rano będzie dało radę przejechać całą trasę. Widoki zapierają dech w piersiach. Dojeżdżamy wreszcie do zwałów śniegu i kamieni. Dalej raczej już nie pojedziemy, choć Dziadek Cygan miał ochotę się przez to przedzierać :) W międzyczasie docierają coraz to nowsze grupy motocyklistów. Nawet jakiś lokalny skuter zawitał na górze :P Trochę oględzin, trochę fotek i zjeżdżamy niżej pod zakaz, delektując się widokami.

Po zjechaniu na parking przy zakazie, spacerujemy wokół straganów, szukając czegoś do jedzenia. Rosjanin polecił mi regionalny ser, więc kupuję na później. Krzychu testuje jakąś surową kiełbasę, ja biorę langosz – węgierski przysmak na rumuńskiej ziemi. Nie smakuje najgorzej, aczkolwiek pewnej części ciała nie urywa. Ot kawałek ciasta ze śmietaną i żółtym serem. Chyba, że sposób przygotowania i punkt zakupu spowodował brak emocji z mojej strony.

Namawiam chłopaków do spróbowania sorici proaspat, czyli podwędzanej świńskiej skróry. Arek się nie skusił, Krzychu tak. Wzięliśmy na straganie kawałki na testy, ale ja nawet nie zdążyłem tego połknąć. Myślałem, że to będzie coś a’la ciciaron, o którym wspominał gdzieś kiedyś Cejrowski i będzie chrupiące, a było ohydne :P

Zjeżdżamy na dół, bo robi się już późno. Jutro nie ma sensu już wracać, bo i tak nie przejedziemy, więc w pensjonacie szukamy ciekawej drogi, by dojechać do południowej Transfogary.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s