Projekt Rumunia cz. 1

Plan wyjazdu na Rumunię dojrzewał w naszych głowach już od jakiegoś czasu. W pewnym momencie przyszedł czas na męską decyzję, ustalenie terminu i przygotowanie się do wyprawy. Miało nas być kilku, liczba uczestników wyprawy była elastyczna i lekko się zmieniała. Wszyscy z nas z Kompanii ADV. Znajomi za to stukali się w głowę „Rometem na Rumunię? Oszaleliście” 🙂 Jednak nie odpuściliśmy i bez jakichś konkretnych przygotować czekaliśmy na dzień, kiedy wyruszymy.

Dzień 1
dom – Biłgoraj – Budy Głogowskie – Tylawa (303 km)

Upragniony dzień wyjazdu wreszcie nadszedł. Przed 10 miał się u mnie pojawić Arek z Pruszcza Gdańskiego, więc krzątałem się wokół motocykla, dopakowywałem brakujące rzeczy i rozważałem sposób zapewnienia sobie bezstresowej jazdy na Rumunię z przekręconym gwintem korka spustowego oleju w mojej ADV-ce. Przy wymianie oleju przed wyjazdem przedobrzyłem z dokręceniem i 3 na 6 zwojów zostało przekręconych. Po konsultacjach telefonicznych z Mirkiem z Głogowa Małopolskiego, który miał jechać z nami, ale niestety musiał kilka dni przed wyjazdem zrezygnować, odkręciłem korek, podratowałem się taśmą teflonową i silikonem. Doraźnie powinno wystarczyć. Tyle, że doraźnie brzmiało trochę groteskowo w perspektywie 3000 km, w tym po ciężkich rumuńskich wspinaczkach po winklach. W międzyczasie przyjechał Arek, szybka herbatka, ciacho i start do Dziadka Cygana (Krzysiek z Biłgoraja, który już tu kilkukrotnie się na blogu przewijał ). Spakowani wyglądaliśmy tak:

Na wyjazd dostałem od dzieci dwa misie pluszaki, jeden na kierownicę na szczęście, drugi do plecaka. Wyjeżdżając po swoich lokalnych drogach jeszcze chyba nie byłem świadomy, że lecimy na taką wyprawę. Droga do Krzycha upłynęła nam bez przygód i po stu paru kilometrach byliśmy pod Krzyśka pracą:

Akurat Krzychu już się przebierał, więc długo na niego nie czekaliśmy i pojechaliśmy na zamianę TDM-ki na jedyny słuszny motocykl wyprawowy :)

Wystartowaliśmy dalej w stronę Bud Głogowskich, gdzie chcieliśmy się spotkać z Mirkiem, który niestety nie mógł pojechać z nami. Po zajechaniu na miejsce zostaliśmy ugoszczeniu pysznym kociołkiem przez Mira i jego żonę.

Mirek oprowadził nas po swoim ranczu, opowiadał o zmianach, planach, itd. Krzychu dorwał się do jego traktorka i zajął się koszeniem trawy, natomiast ja z Mirkiem poszedłem na mały przegląd pszczółek :)


Jedna z pszczół chyba chce dołączyć do grona Kompanii :)

Czas jednak nieubłaganie biegł i musieliśmy się zbierać dalej. Szybkie foto pożegnalne, dostaliśmy od naszych podkarpackich przyjaciół słoik świeżego miodu na drogę 🙂

Po drodze kilka postojów na stacjach benzynowych na kawę.

Podczas jednego z postojów spotkaliśmy także grupę GS-ów lecących na Rumunię. Chłopaki chyba lekko nie dowierzali, że my też tam lecimy :) No cóż, Romet nie jest w Polsce podziwianym motocyklem :) Nocleg zaklepał Artu z Krakowa (jedyny nieADV w ekipie :P) w Tylawie i po krótkiej jeździe w lekkim deszczyku zajechaliśmy na miejsce. Artu miał problem z wydostaniem się z Krakowa przez korki, więc my po rozpakowaniu się uderzyliśmy w stronę najbliższej knajpy na kolację. Po dojściu do motelu-restauracji dojrzeliśmy znajome motocykle – to GS-y spotkane pod Rzeszowem. Gdy byliśmy już w środku, spotkaliśmy również samych chłopaków i trochę pogadaliśmy, po czym wymiana numerów (też następnego dnia mieli lecieć do Sapanty, tak jak my) i poszliśmy do „siebie”. Tam przyjechał Artu  z zaopatrzeniem piwnym (bezalkoholowym jak w całej tej wyprawie, by móc rześko rano startować dalej – Krzychu pił same bezalkoholowe, my z Arkiem zazwyczaj jedno alkoholowe, resztę bez) i zasiedliśmy do planowania trasy. Po długiej dyskusji nakreślił się plan dalszej trasy. Lecimy na Sapantę tak jak wcześniej to ustalaliśmy, choć zmian w międzyczasie tego wieczoru było mnóstwo :) Jutro przejeżdżamy granicę, więc czas na sen…

 

Dzień 2
Tylawa – Domasa – Pacin – Kisvarda – Satu Mare – Sapanta (366km wg map google, nie robiłem zapisków kilometrowych)

Wstajemy rano, pakujemy się i wyruszamy ku przygodzie. Dzisiaj docelowo chcemy być już w Rumunii. Zatrzymujemy się jeszcze na granicy w Barwinku, by wymienić trochę waluty i przy okazji kupujemy winiety węgierskie na 10 dni. Po przygodzie z ubiegłego roku, gdy okazało się, że w Plusie trzeba ręcznie aktywować usługę połączeń poza granicami kraju, umawiamy się z chłopakami, że po kilku km po stronie słowackiej sprawdzimy nasze telefony. Zatrzymujemy się pod pierwszym sklepem na jakiejś małej wiosce. Telefony działają, więc pozostało kupić coś do jedzenia. Wchodzimy do sklepu, a tam takie widoki :)

Arek bierze lizaki na testy :P Jest też nasz ulubiony napój o smaku wina, czyli Vinea. Tym razem testujemy białą wersję zamiast czerwonej i ta jest przepyszna :) Pora jechać w dalszą drogę. Słowacja jest nudna po drodze, a i tak traktujemy ją tranzytowo, więc kolejne kilometry uciekają szybko. Artur ma nas odprowadzić do jeziora Domasa i wracać, więc po ujrzeniu zjazdu nad jezioro zatrzymujemy się na pierwsze foto.

Potem zjeżdżamy nad samo jezioro. Co ciekawe, sobota, a tam prawie nikogo nie ma. U nas przy takiej pogodzie i wolnym dniu każda kałuża byłaby już obstąpiona przez masy wypoczywających osób. Chłopaki się nawadniają, oglądają okolice, a ja zapobiegawczo przeprowadzam kolejny zabieg ze śrubą korka spustowego, który podpowiedział mi Miro. Na stacji benzynowej na granicy kupiłem klej dwuskładnikowy, odporny na temperaturę do 120 stopni (niestety odporniejszego nie było). Rozrabiam i smaruję śrubę dookoła. Po utwardzeniu będzie to fajna plomba do sprawdzania czy śruba się odkręca. Do tej pory lekko się tam pociło od wczoraj, ale śruba się nie odkręcała. Jeszcze kilka fotek i pora się będzie rozstawać z Arturem, który w tym momencie nas opuszcza.
Jedzie też ze mną w kufrze misio Natalii, który zwiedza południe razem z nami :)

Jedziemy dalej, aż dostrzegamy granicę węgierską, gdzie na chwilę się zatrzymujemy.

Zaczyna nam o sobie przypominać głód, więc powoli rozglądamy się za jakąś knajpą. Niestety póki co jedziemy przez jakieś wioski, gdzie o żadnym jedzeniu na ciepło nie ma mowy. W jakiejś mieścince dostrzegam bankomat, więc go testuję i d*** blada. Nie da się wyciągnąć gotówki. Plusem tego postoju było za to to, że mieliśmy okazję obejrzeć przejeżdżającego Żuka na węgierskich blachach. Jedziemy dalej, aż na horyzoncie pojawia się jakaś większa miejscowość. To Kisvarda. Robimy kółeczko po centrum, znajdujemy miejsce do postoju i szukamy miejsca na wyżerkę. Ja w międzyczasie testuję kolejny bankomat i znowu fiasko, a w portfelu jakieś symboliczne kwoty. Język węgierski jest na tyle dziwny, że nawet nie wiadomo co jest na szyldach, więc knajpy szukamy po zapachu :) Krzychu pije kawę w jakiejś kawiarni, a my z Arkiem znajdujemy gyros i tam się próbujemy dogadać, że chcielibyśmy coś zjeść. Oni nie mówią po angielsku, my po węgiersku, a jakiekolwiek słowo w ich ojczystym języku jest totalnie niezrozumiałe. Wreszcie właściciel lokalu pyta „Polski?”, no to ja mu na to z uśmiechem, po polsku, że „my jesteśmy z Polski”. Facet się strasznie ucieszył i zaczął mówić jeszcze szybciej, ale… po węgiersku. Jakimś cudem udało nam się jednak zamówić 3 gyrosy na frytkach, które okazały się w ostatecznym rozrachunku czterema. Co fajne, gdy braliśmy napoje, siedzący przy stoliku starszy pan powiedział, że nam je kupi, bo był kiedyś studentem w Polsce i jak nie miał grosza, to Polacy go podratowali jedzeniem. Na koniec dodał pięknie po polsku, że „Polak Węgier dwa bratanki”. Miło :)
A siedzieliśmy w tej knajpie:

Gdy czekaliśmy na jedzenie, ja poszedłem rozejrzeć się za jakimś bankomatem ze znanym logo. Nie znalazłem, ale popatrzyłem na sympatyczne miasteczko.

Że język węgierski jest dziwny, to jedno. Dwa, że niepodobny do żadnego innego. Przez to widząc poniższe szyldy myśleliśmy na początku, że to jakaś dzielnica uciech, bo szyldów o takich treściach było sporo :)

Ostro napchani wystartowaliśmy dalej. Węgry też raczej traktowaliśmy tranzytowo, więc już się na nich nie zatrzymywaliśmy, aż dojechaliśmy do granicy węgiersko-rumuńskiej. Tam obowiązkowa kontrola graniczna. Pomimo, że Rumunia należy do UE, to nie należy do strefy Schengen, stąd obowiązek kontroli. Nam udaje się gładko przejechać granicę, kontrola ogranicza się tylko do sprawdzenia dokumentów, choć Arek miał podniesione ciśnienie ze względu na lizaki ze Słowacji :) Tuż za granicą zatrzymujemy się na stacji benzynowej. Benzyna po ~5,75 lei (1 lei = 0,92 zł), sporo, ale i tak taniej niż na Węgrzech czy Słowacji (odpowiednio ok. 6 zł i 7 zł). Fajnie tam nazywają paliwo diesla – Motorina :) Jest też wreszcie bankomat Planetcash, jestem uratowany! Hola hola miły panie, musi jeszcze działać…. Coś nie działa, a obsługa ni w ząb po angielsku. Wreszcie z całej załogi stacji, jedyną osobą, która mówiła po angielsku był facet myjący kostkę. Nie działa, ale kilka km dalej będzie działający.

Startujemy w stronę Satu Mare, ale po drodze coś się niekomfortowo czuję. Tak jakby coś mi chodziło po plecach. Wreszcie coraz agresywniej, więc zjeżdżam szybko na pobocze, zrzucam rękawice, kask sciągam kurtkę, wszystko frunie na asfalt pod motocykl, już koszulkę zacząłem ściągąć, gdy nagle… haps…. coś mnie ugryzło. Okazało się, że osa mi jakaś musiała wejść w kurtkę, gdy byliśmy na stacji. Po ubraniu się i ujechaniu kilku km znalazła się i druga, tym razem w spodniach na wysokości kolana. Nie zrzucałem już ciuchów jak wariat, tylko na kolejnej stacji w łazience delikatnie się rozebrałem aż wyfrunęła i tu udało się bez ugryzienia.
Wjechaliśmy już na pierwsze serpentyny, więc i nastrój po nudnych drogach słowackich i węgierskich się pojawił. W ogóle spodobało mi się bardzo oznakowanie słupków kilometrowych na rumuńskich drogach. Zamiast beznamiętnych numerów dróg i ich km, są podane nazwy miejscowości i odległości do nich.

Na kolejnej stacji, gdzie już tankowaliśmy, zatrzymał się piękny Dogde RAM z crossami na pace. Wychodzą jakieś chłopaki i słyszymy „Siema :)„. Okazuje się, że lecą do Borsy poszaleć na bezdrożach. Gdy patrzą czym przyjechaliśmy i słyszą nasze plany, z ich strony dostajemy uznanie za szaleństwo i odwagę :) Odjeżdżają dalej, my po kawie również startujemy i doganiamy ich na kolejnych serpentynach, gdzie jedziemy razem przez jakiś czas. Widzę jakąś rzeczkę, jakiś szuter, może być fajny widok, więc lewy kierunek i zjeżdżamy. Na rzeczce połowa mostu po tamtej stronie, pewnie jakiś stary i rozbierają powoli. Gdy się rozglądamy, nagle po drugiej stronie widzimy tuż przy tym moście niebiesko-żółty słupek. Na skraju mostu siedzi wędkarz, więc krzyczymy do niego czy to Ukraina, a on, że tak. Tym sposobem, nieświadomie odwiedziliśmy też granicę rumuńsko-ukraińską.

Jedziemy dalej i w jednym z większych miasteczek po drodze dostrzegam bankomat Raiffeisen. Zatrzymujemy się i tutaj bingo. Udało się wyciągnąć gotówkę i to po dobrym kursie.

Dalej natrafiamy na cygańską wieś, gdzie są te sławne pałacyki i ogromne domy. Krzychu tak się zafascynował tymi budynkami, że zniknął gdzieś z tyłu za horyzontem :)
Dojeżdżamy wreszcie do Sapanty, gdzie od razu pierwsze kroki kierujemy na miejscowy cmentarz, nazywany wesołym. O jego unikalności decydują kolorowe, drewniane rzeźbione nagrobki, na których po rumuńsku są wesołe wierszyki opisujące zmarłego za życia oraz obrazki charakteryzujące kim byli, bądź jak rozstali się z życiem. Z cmentarza zrobiła się taka atrakcja turystyczna, że wokół już pełno straganów z pamiątkami, a wejście na sam cmentarz to bilet o cenie 5 lei. Warto, bo robi on piorunujące wrażenie. Jest niesamowity.

Przy cmentarzu zlokalizowana jest też cerkiew o pięknych kształtach i pokaźnych rozmiarów.

Pytamy o nocleg przy budkach z drobiazgami. Jedna z pań poleca nam camping na końcu wioski. Zajeżdżamy na miejsce, 50 lei na głowę, standard fajny, więc zostajemy.

Po rozpakowaniu się szybki wyskok do sklepu, a potem w zlokalizowanej w campingu restauracji rozważamy trasę na kolejny dzień, testujemy lokalne potrawy i pijemy piwo.

Tuż przy budynku płynie strumyk, którego dźwięk przy otwartym oknie wprowadza w senny nastrój.

Chłopaki usypiają, mnie się udaje jeszcze obejrzeć finał LM z rumuńskim komentarzem i sam zasypiam słuchając szumu wody zza okna…

Reklamy

Jedna myśl w temacie “Projekt Rumunia cz. 1

  1. Fajnie się czyta, gdy nasze wspomnienie Rumunii jeszcze w nas żyje. Transalpina i Transfogarska zdobyte. Siedmiogród zaliczony. Było duper. 2839 km za nami.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s