Zamość na inaugurację sezonu

Na pierwszy dłuższy wypad w tym sezonie planowałem podłączyć się do ekipy motocyklistów z Ostrowca i polecieć na rozpoczęcie sezonu w Częstochowie. Jednak na Kompanii padło magiczne słowo Zamość, a i chętnych kilku się pojawiło, nie mogło być innej decyzji niż spotkanie z kompanijną ekipą, ludźmi, których nie widziałem tyle czasu.
W niedzielę wyklarowała się ostateczna ekipa: ja, greenman, Tarantino, Prci81 i później miał dołączyć Krzychu. Z greenmanem umówiłem się o 8 rano w Annopolu, a punktem zbornym z pozostałymi osobami miała być miejscowość Zakrzówek. Pogoda idealna, nasmarowałem łańcuch i w drogę – do Annopola 90% szutrami. Tam już czekał na mnie greenman. Chwila pogaduch i ruszamy w trasę. Z Annopola do Zakrzówka jest 43 km i absolutnie nic ciekawego po drodze, więc ten odcinek trasy zleciał nam szybko. W samym Zakrzówku zatrzymaliśmy się w miejscu, które wydało nam się na tyle charakterystyczne, że inni bez problemu nas znajdą. Dzień wcześniej w google maps zauważyłem, że tuż obok tego miejsca jest jakiś dąb pamięci. Zostawiliśmy motocykle i poszliśmy go obejrzeć. Z daleka dosyć duże drzewo, podchodzimy, a tu…. lipa :D No to gdzie ten dąb? Znaleźliśmy go po chwili i szczerze mówiąc, z daleka nie da się go wypatrzeć :D

Posadziły go dzieci jednej ze szkół w 30 rocznicę zakończenia stanu wojennego. No cóż, dobry i taki patyk. Jak mój wnuk będzie jeździł na moto, to może ten dąb będzie już bardziej okazały ;) W międzyczasie pojawili się Tarantino i Przemo. Ucięliśmy sobie krótką pogawędkę i obraliśmy kolejne punkty do odwiedzenia na trasie. Każdy z nas miał napięty plan dnia, by wrócić o odpowiedniej godzinie do domu, więc Przemo wystartował jako prowadzący do pierwszej atrakcji – zamku w Bychawie. Po drodze nie obyło się bez prób wodnych i przejeżdżaliśmy przez sympatyczny strumyk, dosyć płytki ale cieszy :) Dotarliśmy na zamek, a w zasadzie jego ruiny. Miejsce bardzo malownicze, duży staw, park i ruiny niedużego zamku.  Zamek wybudowano w I połowie XVI wieku, a na rysunku z 1868 roku prezentował się jeszcze tak:

Ostatni właściciele opuścili go w 1888 roku, a do dzisiaj zostało z niego niewiarygodnie mało. Zobaczcie sami:




Przed wyjazdem szybka kalkulacja czasu i prawdopodobnie będziemy musieli odpuścić Zamość, żeby do Krzyśka dojechać na umówioną godzinę. Startujemy więc do drugiego punktu naszego programu, czyli do Zalewu w Nieliszu. Droga niemiłosiernie nudna, część z niej poznałem jadąc kiedyś samotnie do Krasnegostawu – nuda, pola i dziurawy asfalt. Na szczęście droga upływa nam szybko i dojeżdżamy do zalewu. Szukamy jeszcze odpowiedniego miejsca, gdzie można się zatrzymać. Nie ma… Wjeżdżamy w jakiś las i tam możemy obejrzeć zbornik zza drzew i krzaków. Jest imponujący. Sztuczne jezioro utworzone na rzekach Wieprz i Por ma powierzchnię 950 ha i robi wrażenie.
Zatrzymaliśmy się w takim lasku:

A widok do robienia zdjęć niestety tylko taki:

Obliczyliśmy za to czas dalszej trasy i wyszło nam, że może zajedziemy do Zamościa, bo w końcu mamy raptem dwadzieścia kilka km. Wskoczyliśmy na moto i po chwili wjechaliśmy do miasta, które nas absolutnie urzekło. Nie spodziewałem się, że taka perełka jest tak relatywnie blisko. Architektonicznie i urbanistycznie miasteczko pochłania nasz umysł. Jako, że nie mieliśmy czasu na zwiedzanie, postanowiliśmy najpierw zaopatrzyć się w magnesy na lodówkę, a potem obskoczyć pędem Rynek. Zatrzymaliśmy się przed Nadszańcem:

W środku znaleźliśmy sklepik z magnesami i kilka ciekawych eksponatów, np. armatę :)

Można kupić bilety na jakieś trasy turystyczne, również podziemne, ale czas gonił, a i pierwsze nasze spostrzeżenia, to „przyjeżdżamy tu kiedyś na cały dzień”, więc kierujemy się w stronę rynku. Po ulicach jeżdżą bryczki:

Po ujrzeniu Rynku byliśmy zachwyceni. Przepiękny, tego nie da się opisać słowami, to trzeba zobaczyć na żywo.




Szybki rekonesans po restauracjach – zbyt długi czas oczekiwania, by zamawiać w stosunku do czasu, który mamy. Decyzja – jedziemy na grochówkę do Zwierzyńca, którą kiedyś polecił nam Krzychu. Przy wyjeżdżaniu z Zamościa widzieliśmy jeszcze kilka ciekawych miejsc w samym mieście, które warto będzie odwiedzić. Droga standardowo upływa nam szybko i po niedługiej jeździe wjeżdżamy do Zwierzyńca. Jest namiot z grochówką, akurat udało się, że trafiliśmy na pierwszy dzień w sezonie.

Po całym Zwierzyńcu kręci się masa motocykli. Na grochówkę przyjechała też ekipa na GoldWingach:

Robią wrażenie, ale jak tym w błoto wjechać :D Najedliśmy się solidnie, aż szkoda z ławeczki wstawać i jechać dalej, ale czas goni nieubłaganie. Kolejny przystanek – Biłgoraj, gdzie Krzychu już się szykuje do przyłączenia się do nas.

Mówimy mu, że mamy napięty czas i chcemy lecieć w stronę domu, ale Krzychu jak to Krzychu, gorszy niż cyganka na kazimierskim rynku, bo siłę perswazji ma większą :) Prowadzi nas przez piękne boczne drogi i lasy.


W pewnym momencie wjechaliśmy na mikro Transalpinę :D Świetny odcinek serpentyn, których nikt by się w tych okolicach nie spodziewał. Zatrzymujemy się na chwilę i okazuje się, że greenman złapał gumę. To nie problem, zdarza się. Problemem jest jednak to, że nikt z nas nie jest na to przygotowany, zero łatek, narzędzi, zapasowych dętek. Nie mieliśmy daleko do Frampola, więc doturlaliśmy się powoli na stację benzynową, gdzie diagnoza była jeszcze gorsza – to nie zwykła dziurka, a wyrwana maszynka z dętki. Na stacji dętek nie ma, niedziela niehandlowa, więc nigdzie też się dętki nie kupi.

Burza mózgów i Eureka! Krzychu przecież jeździ TDM-ką, a ADV stoi w garażu, więc wystarczy podmienić koło. Jak je zawieźć 30 km w jedną stronę i wrócić z drugim? Nooooo…. tak:

Chłopaki pojechali po koło, Przemo musiał startować, bo do pracy szedł, a my z Tarantino zostaliśmy pilnować niekompletnej ADV-ki

Po powrocie chłopaków z drugim kołem, szybki montaż i jedziemy na Kraśnik. Po drodze z mojego motocykla zaczynają dochodzić dziwne dźwięki przy najwyższych prędkościach. Jeszcze by tego brakowało, a i tak każdy z nas już jest grubo opóźniony. W Kraśniku szybki hot dog na stacji, Krzychu i Tarantino rozjeżdżają się w swoją stronę, a my z Adrianem jeszcze do Annopola lecimy razem. Potem nasze drogi się rozjeżdżają, a ja nie odmawiam sobie skrótu przez szutry.

W sumie wyszło mi niewiele ponad 300 km, a wyjazd naprawdę świetny, w dobrym towarzystwie i ciekawymi atrakcjami. Zamość polecam szczególnie tym, którzy nigdy tam nie byli, bo robi wrażenie. My na pewno jeszcze tam wrócimy.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s