Zwiedzając Roztocze

 Pomysł zwiedzenia motocyklem Roztocza podrzucił kiedyś Przemek z Kompanii ADV, ale zawsze coś „wypadało”. Wreszcie dwa tygodnie temu podjęliśmy decyzję – jedziemy 4 września w niedzielę. W międzyczasie zadeklarowało się kilka chętnych osób. Po ostatnim wypadzie do Krakowa pilnie śledziłem prognozy pogody i zapowiadał się piękny słoneczny i upalny dzień, choć z zachodu miały dotrzeć wieczorem burze. Mając na uwadze dyskomfort termiczny w podróżowaniu w kurtce motocyklowej, przed wyprawą wyposażyłem się w buzer firmy Adrenaline:

shell_mx_pro_kop555_4
źródło zdjęcia: e-riders.pl

Uprzedzając fakty, wspomnę krótko, że spisał się świetnie i w 100% spełnił moje wymagania.

Z DarkiemRajderem umówiliśmy się w Annopolu, skąd mieliśmy polecieć już razem do Szczebrzeszyna, w którym był punkt zborny dla wszystkich chętnych. Wyruszyłem z domu tuż po 8 rano i stan pogody prognozował piękny dzień. Oczywiście nie byłbym sobą, gdybym nie wybrał się „skrótami” na przykurzenie motocykla 🙂 10 km szutrem wystarczyło, by poskromić mój apetyt.

IMG_20160904_083144

W Annopolu pod Biedronką czekał już na mnie Darek. Wystartowaliśmy razem DK74, której odcinek od Annopola do Gościeradowa jest naprawdę solidny. W samym Gościeradowie skręciliśmy w lokalną drogę przebijając się asfaltami gorszego gatunku do Zaklikowa. W samym Zaklikowie miałem w planach obejrzeć pewien kościół, o którym czytałem w jakimś przewodniku. Drewniany kościółek zlokalizowany jest na miejscowym cmentarzu i ma już ponad 400 lat. Wiek imponujący, ale takie kościoły się w Polsce jeszcze spotyka, więc co w nim takiego wyjątkowego? Otóż od czasów powstania styczniowego jest tu lokalny zwyczaj przyczepiania tabliczek pogrzebowych na zewnętrznych ścianach kościoła, jak i w jego wnętrzu. Widok na żywo fascynujący, odrobinę upiorny, trochę melancholijny i przypominający o naszym smutnym losie, ale jednak pomysł sam w sobie ciekawy.

Dalsza droga ze względu na lekką obsuwę czasową względem umówionej godziny przebiegała nam w szybkim tempie bez szans na jakiekolwiek zatrzymywanie się na podziwianie widoków, a te miejscami były zachwycające). W Modliborzycach skręciliśmy na Janów Lubelski (swoją drogą piękne miasteczko, naprawdę robi wrażenie schludnego, czystego i fajnej architekturze) i dalej do samego Szczebrzeszyna znów pędziliśmy DK74. Gonitwa i lekkie naginanie przepisów związanych z ograniczeniami prędkości się opłaciły, bo pod szczebrzeszyński Urząd Miejski zawitaliśmy… minutę przed umówionym czasem. To się nazywa punktualność! 🙂 Na miejscu był już Przemek z dwójką znajomych oraz Krzysiek z Biłgoraja, który zaoferował oprowadzenie nas po okolicy.

IMG_20160904_110400

 W międzyczasie, gdy czekaliśmy na Wojtka, który miał rano problemy z odpaleniem motocykla, a do Szczebrzeszyna miał około 160 km, zawitał do naszej grupki przypadkowo przejeżdżający fanatyk klasyki, który podjechał piękną SHL-ką:

IMG_20160904_111642

Chwila pogaduch i gdy pojawił się Wojtek, ruszyliśmy w stronę Zwierzyńca, gdzie czekała na nas jeszcze dwójka z kompanijnej ferajny, mianowicie Mirek i Jurek reprezentujący rzeszowskie rejony. Będąc w Szczebrzeszynie grzechem byłoby nie zatrzymać się pod pomnikiem chrząszcza:

IMG_20160904_112922

Kilka chwil po malowniczych drogach i znaleźliśmy się w Zwierzyńcu. Po drodze minęliśmy najbardziej znane drzewo Internetu, „wizytówkę” Zwierzyńca. Zdjęcia nie miałem jak zrobić, ale chętnych zobaczenia o co chodzi zapraszam do linka w Google Street View:

https://www.google.pl/maps/@50.6161591,22.9651534,3a,75y,165.81h,88.36t/data=!3m6!1e1!3m4!1sBPuPX4SFU-gBT8b_NocLnA!2e0!7i13312!8i6656?hl=pl

W samym Zwierzyńcu zatrzymaliśmy się na polecaną przez Krzyśka grochówkę wojskową. Tam też czekała na nas ekipa rzeszowska.

IMG_20160904_115029

Wziąłem sobie, jak to Przemek nazwał „zestaw kardiologiczny”, czyli grochówka plus golonka 🙂 Co do grochówki, muszę przyznać Krzyśkowi rację – wyborna, jednak co do golonki…. hmm… dlaczego nie powiedział, że mają tak rewelacyjną golonkę! Miejsce do stołowania się polecam wszystkim przejeżdżającym przez Zwierzyniec. Naprawdę warto.

Po posiłku pojechaliśmy obejrzeć kościół „na wodzie” pw św. Jana Nepomucena, który zlokalizowany jest na wyspie znajdującej się pośrodku malowniczego stawu.

Nie popisałem się z robieniem zdjęć, bo gonił nas czas, by jak najwięcej zobaczyć, więc chętnych do sprawdzenia tego miejsca zapraszam do linka poniżej:

http://www.roztoczewita.pl/kosciol-w-zwierzyncu

Stamtąd wyruszyliśmy dalej, by zatrzymać się przy stawie Echo. Podczas, gdy ekipa poszła podziwiać okolice stawu, my z Przemkiem wyruszyliśmy na poszukiwanie pamiątkowych magnesów na lodówkę dla naszych żon i dzieci 🙂

Kolejne odwiedzone przez nas miejsce zmusiło nas do chwili zadumy i refleksji. W miejscowości Sochy odwiedziliśmy cmentarz zamordowanych w bestialski sposób ok. 200 mieszkańców wsi. Mordu dokonali Niemcy podczas drugiej wojny światowej (tak Niemcy, nie żadni naziści, jak obecnie nakazuje poprawność polityczna – nie ma takiego narodu jak naziści, są za to Niemcy i to Niemcy są odpowiedzialni za tą masakrę, za śmierć tych ludzi, w tym 45 dzieci i to… 1 czerwca), a o tragedii tej dowiecie się więcej w tym linku:

http://wiadomosci.dziennik.pl/historia/ksiazki/artykuly/491605,anna-janko-mala-zaglada-recenzja-pacyfikacja-wsi-sochy-na-zamojszczyznie-w-1943-wspomnienia.html

Oglądanie takich miejsc odciska piętno na psychice, jednak jest rzeczą szalenie ważną i naszym obowiązkiem, by pamięć o tych i innych ofiarach wojennej zawieruchy nigdy nie zaginęła.

Wyruszyliśmy w dalszą drogę, tym razem dłuższą, aż dotarliśmy do rezerwatu Szum, gdzie mieliśmy okazję zobaczyć tamę, która w latach 50 ubiegłego wieku, gdy jeszcze nie dotarła elektryfikacja do pobliskich wsi, miała służyć jako mała elektrownia wodna dla pobliskiej wsi. Widoki? Zapierające dech w piersiach! Naprawdę można się zachwycić, przypominało mi to wysoko położone górskie jeziora.

Następnie wylądowaliśmy w Górecku Kościelnym, gdzie architektura drewniana oraz stare dęby wprawiły mnie w zachwyt. Miejsce magiczne, gdzie można by się rozsiąść i spędzić cały dzień zachwycając się okolicą. Ani słowa, ani zdjęcia tego nie oddadzą, trzeba się tam pojawić, by to zrozumieć 🙂

Jako, że zgłodnieliśmy i chcieliśmy odrobinę odpocząć rozsiedliśmy się w pobliskiej Karczmie nad Szumem. Po pewnym czasie stwierdziliśmy jednak, że zbyt dużo gości jest w tym miejscu, więc zbyt długo będziemy czekać na jedzenie. Wyruszyliśmy więc dalej. Na mnie zaczęła działać presja czasu, bo po powrocie na wioskę musiałem się jeszcze spakować i wraz z moją połowicą oraz córką jechać jeszcze na kilka dni do domu do Ostrowca, po drodze odwiedzając dwie rodziny. Dodatkowo o 18 miał się rozpocząć mecz Polski z Kazachstanem, a dochodziła godzina 15. Mission Impossible, choć nigdy nie mów nigdy. Opowiedziałem o swoich planach Krzyśkowi, który planował całą trasę pod kątem turystycznym, więc szybko zaplanował dalszą drogę, byśmy jeszcze mogli zobaczyć fajny kamieniołom do jazdy ADV-ką. Nie tylko zobaczyliśmy, ale również potrenowaliśmy chwilę.

IMG_20160904_150054

Tutaj koledzy na Yamahach się odłączyli i popędzili do domu.

Resztą ekipy stamtąd zajechaliśmy na plażę w Józefowie, gdzie mieliśmy coś na szybko zjeść. Na szybko były tylko… frytki.

IMG_20160904_151404

Darkowi tak się spodobała plaża, że postanowił zostać jeszcze chwilę na miejscu wraz z Krzyśkiem i grupą rzeszowską. Ja z Wojtkiem i Przemkiem wyruszyliśmy w drogę powrotną do domu. Z Józefowa udaliśmy się na Biłgoraj, gdzie mieliśmy się rozłączyć, bo miałem w planach polecieć na Nisko, Radomyśl i tamtędy do domu, ale jako, że gonił mnie czas, wolałem odkręcić manetkę na sprawdzonej siedemdziesiątce-czwórce. Stąd też wspólna jazda przedłużyła się do Frampola. Tam na rondzie się rozdzieliliśmy i każdy pognał w swoją stronę. Droga powrotna była piękna, słońce siadało na horyzoncie, leniwie jadące samochody dawały się wyprzedzać, a ja korzystając z całego zakresu mocy motocykla czerpałem przyjemność z pokonywania kolejnych kilometrów.

Choć na mecz zdążyłem dopiero na drugą połowę, to mission impossible stała się mniej impossible, bo droga powrotna upłynęła mi w błyskawicznym tempie. Kilometrów ponad 300, radość z jazdy niesamowita, a Roztocze? Piękne, magiczne, warte zwiedzenia. Nie spodziewałem się, że w tym rejonie kraju może być aż tak pięknie. Na pewno jeszcze tu wrócę!

 


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s