Niedziela na zamkach

  Na ubiegłą niedzielę nie miałem konkretnych planów, gdzie mam jechać. Rozważałem kilka kierunków, w tym najbliżej mi było do Kazimierza Dolnego i obejrzenia stanu starego, opuszczonego kościoła w Chotczy, któremu kiedyś poświęciłem wpis na tym blogu. Ciekawość jednak wiodła mnie w kierunku południowym, nieco bliżej, gdyż gdzieś kiedyś znalazłem informację o dwóch zamkach, o których nie miałem dotąd bladego pojęcia. Ujazd, Chęciny, Ćmielów, Sandomierz – te świętokrzyskie zamki przychodzą większości do głowy, a czy istnieją jeszcze jakieś? Chyba nie. Tak sądzi większość i ja również tak uważałem. Okazało się, że w promieniu 60km od mojej wioski są jeszcze dwa, o których nie miałem bladego pojęcia. Nasmarowałem, naciągnąłem łańcuch i ruszyłem w drogę. Plan był taki, by trasę pokonać w jak najmniejszym stopniu asfaltami. Ostatecznie wyszło jakieś 40% dróg polnych/leśnych etc., a 60% asfaltami. Lubię zbaczać z uczęszczanych, asfaltowych dróg nie tylko ze względu na charakter jazdy po szutrach, ale również dlatego, że można podziwiać i obcować z tym, co przy głównych drogach niedostępne, a mianowicie zupełna cisza, brak ludzi i piękna polska przyroda dookoła.

zamk1

Po kilkudziesięciu km dalej i kilku wskazówkach otrzymanych na zlokalizowanej w pobliżu zamku stacji benzynowej dotarłem na ów zamek w Tudorowie. Dojazd dla samochodu niemożliwy, aczkolwiek motocyklem da się wjechać pod samą basztę.

No właśnie, baszta. Tyle z zamku w Tudorowie pozostało, bo reszta to już niestety historia. Cały zamek prezentuje się tak: zamk5

Z tyłu jest jeszcze fosa, przez którą przebiega kawałek historycznego muru. Co się stało z resztą zamku? Przyczyna, którą chyba można postawić na równi z potopem szwedzkim, a mianowicie wykorzystanie materiału z murów zamku jako budulca przez okoliczną ludność. Ileż to zamków w ten sposób na zawsze utraciło swoje mury?

  Gdy obszedłem ruiny wraz z okolicą oraz wnętrzem baszty wszerz i wzdłuż, wyruszyłem w kierunku kolejnego zamku, który znajdował się raptem 10km od Tudorowa. Po krótkiej przejażdżce ujrzałem w oddali ruiny na wzgórzu i po chwili z parkingu oceniałem wzrokowo, czy po stromej ścieżce prowadzącej na górę da się wjechać, czy raczej trzeba wchodzić.

zamk6

Od pomysłu wjazdu odwiódł mnie pewien Ślązak, który poinformował mnie, że na samej górze jest tak stromo, że żaden motocykl nie da rady i miał facet rację. O ile początkowo jest stromo, ale dałoby radę na upartego wjechać, to na szczycie ciężko wejść, a co dopiero mówić o wjechaniu.

  W przypadku Międzygórza ruiną ostały się tylko kawałki murów, które sukcesywnie porasta roślinność. Tutaj prawdopodobnie to Szwedzi przyłożyli rękę do zniszczenia zamku. Prawdopodobnie, gdyż ruiny nie były badane pod kątem archeologicznym i historia zamku jest szczątkowa.

Widok z góry jest dosyć fajny na okolicę, no i można mieć swoje moto na baczności na parkingu 🙂

zamk8

  Po zwiedzeniu ruin, podjechałem bliżej zamku, by jeszcze nacieszyć oko okolicą znajdującą się u jego podnóża.

  Dzięki temu, że założyłem sobie jazdę poza uczęszczanymi drogami, podczas powrotu do domu natknąłem się na piękną wioskę, która całkowicie przeczy dzisiejszemu pędowi cywilizacji. Kilkanaście domów po jednej stronie drogi, po drugiej las, droga gruntowa, na ławeczkach mieszkańcy – bez pośpiechu, za to z dużą dozą uśmiechu. Niestety nie odważyłem się, by się zatrzymać i robić zdjęcia, bo może miejscowi poczuliby się urażeni. Skojarzyła mi się scena z końcówki Kapuśniaczka – kto oglądał te wie, o co chodzi 🙂 Kilkanaście km dalej jednak oczy się zaśmiały, a zdjęcia musiałem zrobić:

Nieeksploatowana chyba kopalnia piasku, na której używanie mają, jak widać po śladach, crossowcy. Super miejsce do potrenowania i doskonalenia swoich umiejętności. Odhaczyłem już je w kalendarzu.

  Podsumowując, przejechałem raptem ~130km, a zobaczyłem dwa zamki w ruinie, o których nikt, nie wiedzieć czemu, nie wspomina, by uatrakcyjnić ruch turystyczny. Wszak nie tylko Ujazdem okolica stoi. Co ciekawe, czułem podczas jazdy spore zmęczenie i osłabienie, co uważałem za następstwo sporego wysiłku w dniu poprzednim (później złe samopoczucie tłumaczyłem sobie trefną kiełbaską z grilla zjedzoną po powrocie). Okazało się, że dopadła mnie grypa żołądkowa, która wieczorem położyła mnie na łopatki tak, jak nigdy dotąd i w mniejszym stopniu trzyma mnie jeszcze dziś.


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s