Pierwszy sezon z Rometem – podsumowanie cz. II

PIERWSZA CZĘŚĆ PODSUMOWANIA SEZONU 2015 TUTAJ:

https://malawielkaprzygoda.wordpress.com/2015/11/20/pierwszy-sezon-z-rometem-podsumowanie-cz-i/

Z początkiem sierpnia, gdy upały zelżały, postanowiłem znów wyruszyć gdzieś dalej. Była północ, było południe, zachód generalnie też, bo do Ostrowca, Starachowic, czy na Wióry moto zaliczył krótkie odcinki, no to czas ruszyć na wschód. Znów bez planów. Po minięciu Kraśnika, stwierdziłem, że Lublin mnie nie interesuje i skręciłem w stronę Krasnegostawu. Tak jechałem i jechałem, i po raz kolejny nadziałem się na nudę. Oprócz tego fajnego widoku poniżej, nic, absolutnie nic ciekawego nie zauważyłem, aż po Krasnystaw.

20150802_105426

Do samego miasta dojechałem bez emocji i trochę rozczarowany okolicami, które napotkałem. W samym mieście zwiedziłem sympatycznie wyglądający Rynek:

20150802_114324

Odbiłem jeszcze kawałek w stronę Ukrainy w stronę miejscowości Dubienka, a gdy byłem już blisko granicy spożyłem Pepsi i postanowiłem wracać. W sumie zrobiłem około 260km i rozczarowany wróciłem do domu. Sam fakt zrobienia 2 zdjęć z braku ciekawych miejsc wydaje się wystarczający.

Tydzień po tej wyprawie odbywał się zlot Moto Zauro Music i biesiadowałem z innymi motocyklistami bez przemieszczania się motocyklem. Impreza przednia – kto nie był, polecam kolejne edycje. Bywam tam od 2011 roku i każda edycja to gwarancja dobrej zabawy.

Kolejnej niedzieli już siedziałem na moto. Stwierdziłem, że hasło „Świętokrzyskie, jakie cudne” w końcu nie wzięło się znikąd. Będę jeździł u siebie, a co :) Zacząłem od wyjazdu na zamek w Ujeździe. Fantastycznie się zamek zmienia po remoncie i warto go teraz odwiedzić. Wcześniej można było się pogubić i nie obejrzeć wszystkiego. Teraz porobiono na zamku kilka tras i dalej się samodzielnie zwiedza, ale jest w tym mniej chaosu. Porobiono schodki, wyremontowano kilka pomieszczeń – jestem zaskoczony in plus.

20150816_132016

Wyruszając z Ujazdu nie miałem konkretnych planów. Stwierdziłem, że dobrze byłoby zobaczyć Ossolin, ale oczywiście Krzysztof bez mapy, jadąc na azymut, znów pomieszał drogi. Dzięki temu wylądowałem w Klimontowie i zachwyciłem się tym miasteczkiem. Klimatyczne miasto z pięknymi obiektami sakralnymi. Żadne zdjęcie nie złapałoby odpowiednio całego tego widoku, więc standardowo pognałem zobaczyć rynek, czy jest i jak wygląda. Przy okazji strzeliłem foto, które w ogóle nie oddaje piękna tej miejscowości, więc  nie wrzucam:) Jeszcze tam wrócę w przyszłym sezonie, o ile nic nie zmieni moich planów i bliżej się temu miejscu przyjrzę, a wtedy i dokumentacja fotograficzna zawita. Bardzo lubię klimat takich małych miasteczek. Z Klimontowa udałem się w stronę Sandomierza. Przypadkowo poznałem świetną pizzerię w Samborcu. Pyszna pizza ;) W sam Sandomierz już mi się nie chciało wjeżdżać, więc boczne drogi i lokalne klimaty. Jeżdżąc tak po gminnych drogach natknąłem się na starą basztę w miejscowości Nowe Kichary. Jedyny ślad po istniejącym tam zamku, w którym przez lata urządzony był klasztor. Niestety dwie wojny i upływ czasu zrobiły swoje. Oto co pozostało:

20150816_145321

Przykro patrzeć, że niedługo prawdopodobnie zniknie z powierzchni ziemi, mam tylko nadzieję, że ktoś go uratuje przez zapomnieniem.

W dalszą drogę też na ślepo udałem się drogami gminnymi i był to strzał w 10. Trafiłem do miejscowości Garbów, gdzie urodził się słynny Zawisza Czarny, którego przedstawiać tu chyba nikomu nie trzeba.

20150816_151125

Po kolejnych kilkunastu km pomiędzy sadami z jabłoniami, znalazłem się w wąwozie, przez który przebiegała wąska dróżka – widoki kapitalne, a zdjęcia niestety nie oddadzą ich charakteru:

W sumie 150 km i zadowolenie z tego, że było co oglądać po drodze.

Kolejne tygodnie to znów kręcenie się wkoło komina i podziwianie uroków najbliższych okolic:

W międzyczasie na jednym z for poświęconym Rometom (link tutaj) poznałem Darka Rajdera, który również jeździ ADV-ką (Polecam jego kanał na You Tube 🙂 )  i w jedną z niedziel zaplanowaliśmy wspólny wyjazd na Święty Krzyż. Darek pokazał mi swoje ścieżki, którymi jeździ, oczywiście były porównania naszych egzemplarzy, wymiana opinii, a potem wyruszyliśmy w stronę naszego celu. Na miejscu zameldowaliśmy się po godzinie jazdy, a ja zatęskniłem za upałami. Zmarzłem strasznie, bo bez podpinki, pod kurtką t-shirt, a zamiast spodni motocyklowych, zwykłe jeansy. Szybkie foto przed klasztorem:

20150906_110124

Potem poszliśmy na klasztor. Ja rozgrzać się gorącą herbatą, Darek podziwiać kapitalne widoki z wieży klasztornej. W drodze powrotnej znów zboczyliśmy z głównej drogi na szlaki przecierane przez Darka i tak dojechaliśmy do Ostrowca, gdzie rozstaliśmy się przy lekkiej mżawce. Ja jeszcze miałem 30km do domu i oczywiście na zwykłym zmarznięciu się nie mogło skończyć. Oblało deszczem i nim dojechałem do domu, zdążyłem przekonać się, że faktycznie opony w ADV są śliskie jak narty Stocha po dobrym smarowaniu. Przy okazji przemokłem do bielizny. W sumie tego dnia zrobiłem ponad 160km, które można zaliczyć do udanych.

Kolejny tydzień to znów wypad we dwóch. Po drodze do Ostrowca mała awaria, bo rozkręciła mi się klamka od sprzęgła. Dzięki Darku za poratowanie nakrętką do wypadającej śrubki ;) Tym razem obraliśmy za cel farmy wiatrowe w Pakosławiu. Tam pojeździliśmy trochę po szutrach, popodziwialiśmy ogrom wiatraków. Był też czas na foto:

Stwierdziliśmy, że jazda po Polsce jest nudna, więc obraliśmy kierunek na Florencję 🙂

20150913_151503

Zahaczyliśmy też o zamek w Iłży i wieżę widokową. Kto nie był, a będzie kiedyś podążał trasą Radom – Ostrowiec Św., to polecam, bo widoki są genialne, a swój motocykl można w każdej chwili obejrzeć z góry. Kto znajdzie? 🙂

20150913_160315

W drodze powrotnej postanowiliśmy śmignąć leśnymi duktami do domu. W międzyczasie kolejna awaria, tym razem rozkręciła mi się śrubka mocowania szybki w kasku. Szybka reperacja i jedziemy do domu. Kolejna przejażdżka podczas której nabiłem 160 km.

Tydzień później zaplanowaliśmy wyjazd na ognisko w Adamowie Rosowskim, które organizowali Darek i Magda z rometowego forum (polecam ich bloga http://zchaszczywswiat.blogspot.com ). Mieliśmy wystartować w sobotę o 6 rano i wrócić wieczorem do domu. Przyprowadziłem dzień wcześniej motocykl do Ostrowca i zostawiłem u teściów na podwórku. Wieczorem zerwała się burza i ustaliliśmy, że wyruszymy trochę później. Rano niestety nie było poprawy i deszcz cały czas padał. Decyzja – przekładamy wyjazd na 9. Przed 9 jednak nic nie wskazywało na to, by coś się miało zmienić, więc kolejna decyzja – startujemy o 10. W międzyczasie jednak Darek pisze mi SMS, że on niestety odpuszcza w taką pogodę. Sprawdzam radary deszczowe, chwila zastanowienia… jadę! Poszedłem do teściów i pierwszy zonk. Powiesiłem kask na lusterku i cała gąbka z tyłu wchłonęła wodę. Wyżąłem co się dało i założyłem zimne mokre kaszczysko na głowę. Cały czas padało, więc powoli przesuwałem się w stronę Sienna. Kask zamknięty – szybka paruje. Kask otwarty – deszcz mnie smaga po twarzy. Kask otwarty i zamknięty – k***a przemrozi mi kark i tył głowy, paraliż szyi kilkudniowy murowany. Od Sienna do Lipska deszcz przeradza się w mżawkę. W samym Lipsku nie wytrzymuję już tego mrożenia głowy i rozpaczliwie szukam sklepu motocyklowego. Jest! Jestem uratowany! „Nie proszę pana, kominiarek niestety nie mamy…” Szlag by to trafił, też mi sklep. Zły wsiadam i jadę dalej. Myślę o tym, że może gdzieś kupię ręczniki papierowe i wypcham sobie nimi tył kasku tak, by odseparować wilgotną gąbkę od głowy. Humor poprawia mi polepszająca się pogoda. Miejscami na chwilę przebijają się promienie słońca. Nagle dojeżdżam do ogromnego korka. Mijam kilometrowy sznureczek samochodów i okazuje się, że droga zablokowana całkowicie, bo wypadek. Od czego ma się ADV-kę :) Przejeżdżam przy zdziwieniu gapiów przez rów na ściernisko i polem gnam przed siebie omijając miejsce wypadku. Przed samym Zwoleniem wpadam na pomysł, by zapytać o jakiś sklep motocyklowy w najbliższym sklepie motoryzacyjnym. Widzę szyld, więc wjeżdżam na podwórko, a tam… sklep z militariami i pełno kominiarek. O mało nie wyściskałem sprzedawczyni :) Wychodzą jeszcze jacyś ludzie zainteresowani moim moto, kilka minut rozmowy i mogę ruszać dalej. Od Zwolenia słońce ma przewagę nad chmurami. A teraz zresztą chmury mogą mnie pocałować głęboko w zad. W kominiarce mogę jechać i na koniec świata, tak mi ciepło w głowę. Od Kozienic jadę już w pełnym słońcu. W miejscowości Potycz odbijam w jakąś dziwną leśną drogę, zatrzymuję się i włączam GPS w telefonie. Naczytałem się na forum jak można zabłądzić, więc zabezpieczyłem się:) Dojeżdżam do lokalnego sklepu na rozstaju dróg i miłego, skorego do pomocy podchmielonego pana pytam dla pewności o drogę. Więcej chęci niż przekazu, ale liczy się gest. „Szefie poratuj złotówką”. A co mi tam, on mi pomógł, to i ja mu pomogę. Zaglądam w portfel, a tam zero monet, tylko jeden papierek i zanim się zastanowiłem wypaliłem „No niestety, mam tylko całą stówkę” i mu pokazałem portfel na dowód. Potem się ocknąłem jak głupio to musiało zabrzmieć. Mam nadzieję, że się chłopina nie obraził :) Choć z tego co wiem, to nie tylko mnie wskazywał tego dnia drogę. Może dlatego był w stanie wskazującym :P Chwila jazdy i jestem u Darka i Magdy na podwórku i witam się z obecnymi oraz nadjeżdżającymi osobami. Sam szczegółowy opis ogniska i więcej zdjęć znajdziecie na wcześniej wspomnianym blogu gospodarzy. Oto kilka fotek:

W międzyczasie dojechał Darek, z którym wybraliśmy się wieczorem w drogę powrotną. Dziękujemy jeszcze gospodarzom za świetną gościnę i zbieramy się w drogę. Tankujemy się jeszcze w Potyczu (Potyczy? :) ) i jedziemy. Przed Kozienicami dopada nas już ciemność nocy i chłód, dlatego w samych Kozienicach zatrzymujemy się na chwilę na stacji, a ja zakładam moją nową najlepszą przyjaciółkę – kominiarkę :). Droga przebiega bez problemów, choć jest strasznie męcząca. Wytężanie wzroku w ciemności, pilnowanie się, by z boku nie wyskoczył jakiś kot, czy inny zwierz, nie relaksuje, a wręcz przeciwnie. W Lipsku się żegnamy i rozjeżdżamy w swoje strony. Ja nie wracam motocyklem do Ostrowca, a jadę zostawić go na wieś. Za Lipskiem jeszcze zatrzymuję się na stacji na gorącą czekoladę i ruszam przed siebie. Męczące światła w lusterkach, samochodów z naprzeciwka itd. powodują, że przed Tarłowem skręcam w las i leśnymi szutrówkami gnam spokojniej do domu. Na wsi melduję się po 21:30, przesiadam się w samochód i jadę do siebie do Ostrowca. Po 22 już siedzę ze swoją połowicą i córką, i opowiadam wrażenia :) W sumie tego dnia stuknęło niecałe 300km.

Motocykl jest jak narkotyk i czasem żadne racjonalne powody nie przekonują nas do zarzucenia pomysłu przejażdżki pomimo, że sezon dawno się skończył. Tak też było 18 października. Zaczęło się zupełnie niewinnie, bo miałem skoczyć w niedalekie świerki po szyszki na stroiki bozonarodzeniowe, które moja luba już chce zacząć sobie przygotowywać. Długo mnie namawiać nie trzeba było. Mogłem iść na piechotę, bo to raptem 2km, ale jakże tu nie przetestować nowej szyby od PUIG-a, którą dopiero co zamontowałem. Wskoczyłem w ciuchy, odpaliłem moto i wyruszyłem. Po chwili byłem już na miejscu:

20151011_153859

Po zebraniu kilkunastu pięknych szyszek do kufra, stwierdziłem, że przecież nie każdy z tych okazów nada się, bo mogą być to słabe, kruche sztuki, które po pewnym czasie się rozpadną i zamiast stroika będzie zgrzyt. Nie mogłem zawieść swojej lubej, więc wpadłem na pomysł, że luzem latające po kufrze szyszki w ramach selekcji naturalnej wyeliminują najsłabsze egzemplarze, które się po prostu pokruszą. A cóż do tego będzie lepsze niż leśne dukty? Macie rację – nic :) Wpadłem więc w leśne dróżki zacząłem pędzić po piachach i wystających korzeniach. Tak oto znalazłem się przy ciekawym odcinku leśnej drogi, gdzie wyrwa po płynącej wodzie była tak głęboka miejscami, że można by tam swobodnie schować całe moto.

20151011_154824

Zdjęcia bardzo wypłaszczają takie zapadliska, więc to co wygląda tu zupełnie płytko, w rzeczywistości sięgało mi prawie po pachy w miejscu robienia zdjęcia.
Byłem już niedaleko miejscowości Wesołówka, gdzie latem jeździłem po wyschniętych podczas suszy „odnogach” Wisły. Musiałem sprawdzić jak wygląda ich stan teraz. Któż by nie sprawdził? A nie zapominajmy, że szyszki miały swoją chwilę prawdy! Podjeżdżam, a tu pełno wielkich kamorów, przy których zrobiłem fotkę podczas drogi powrotnej.

20151011_163345

Słyszałem, że budują gdzieś tamę, więc trzeba sprawdzić jak idą postępy prac. Śladami ciężarówek ruszyłem przed siebie. Okolica trochę mi znana, krzaczory, wyboje, wysoka trawa, cywilizacji brak, czyli idealne miejsce na moto. Do pewnego momentu znana… Dalej nie znałem więc z tym większą ciekawością podążałem przed siebie. Oprócz ujeżdżonej między krzakami drogi nie było nic, aż w pewnym momencie pojawił się duży zamknięty zbiornik wodny w kształcie dłuuugiej nerki, z nieporośniętym jednym brzegiem. Piękny! Wjechałem na brzeg, pospacerowałem, uwieczniłem. Super miejsce i zaskakujące w tej lokalizacji.

20151011_162548

Pojechałem dalej, aż tu nagle zamiast krzaków i porośniętych traw, równiutki teren, trawa widać, że kiedyś koszona. Cywilizacja tu była i zostawiła po sobie wypielęgnowaną okolicę.

Ścieżka po samym brzegu Wisły, piękne widoki, zacząłem szukać, którędy tu ktoś przyjeżdża i kosi, bo dookoła pomiędzy drzewami wykoszone kilka ha traw i wycięte krzaki. Rozjazdów pełno, jednak większość kończyła się ślepo w jakiejś płynącej odnodze bądź w bezkresnych piachach. Zapomniałem o tamie, a przypomniałem sobie o szyszkach i stwierdziłem, że wracam do domu. Zrobiłem w sumie jakieś 40km, ale radości miałem więcej niż chociażby z dużo dłuższego wyjazdu pod granicę ukraińską. Szyszki dojechały całe i szczęśliwe w 90%. Dwie nie wytrzymały próby „kufrowej”

Myślałem, że ten wyjazd będzie takim epilogiem sezonu, malutkim dodatkiem, a tu pogoda w ostatnią niedzielę października pozwoliła mi na wyruszenie w celu dalszej eksploracji terenów poznanych dwa tygodnie wcześniej. Wystartowałem z garażu i po kilkunastu minutach byłem już na drodze biegnącej przez łąki w stronę wyżej wspomnianego miejsca. Droga jednak wyglądała zgoła inaczej niż poprzednio. Po intensywnych opadach deszczu okazała się przeszkodą nie do przebycia z nieskończoną ilością śliskiego błota. Po kilkunastu metrach zatańczyłem na tym błocie i zrobiłem piruecik 180-stopniowy. Obyło się bez upadku, ale gorąco było. Opony zabiły się błociskiem w jedną chwilę zamiast kostki miałem jednolicie gładkie slicki. Ujechałem tak z kilometr, ale powoli przestało to nabierać sensu. Jazda na pierwszych lub drugim biegu, przyczepności zero, w przypadkach poślizgu żadne operowanie manetką, sprzęgłem i kierownicą nie miało najmniejszego sensu, bo motocykl tańczył tak, jak mu błoto grało. Wyjechałem na trawę obok i tam gdzie była taka możliwość (miejscami krzaczory i tylko droga była miejscem możliwego przejazdu) po niej wróciłem do punku zero, czyli zjazdu z asfaltu na to miejsce. W międzyczasie strzeliłem fotkę w miejscu gdzie małe zagęszczenie krzaków pozwoliło na jazdę obok:

20151025_135931

O ile wcześniej chwaliłem opony z chińskiego gumoplastiku, tym razem przegrały z kretesem w takim błocie. Ja jednak tak łatwo się nie poddaję i doszedłem do wniosku, że nie po to kupowałem ADV, by brak dróg był dla mnie jakąś przeszkodą. Wpadłem w trawy i nimi podążyłem „na azymut” w stronę wcześniej poznanej mi miejscówki.

20151025_141026

Okazało się, że musiało porządnie padać, bo i tutaj teren pod kołami był nieźle nasiąknięty. Pohasałem trochę po tych trawach i chaszczach i wróciłem, gdyż dojazd do celu uniemożliwiały mi przecinające mi trasę odnogi wiślane. Jeszcze tu wrócę!
Nie chciało mi się jeszcze kończyć jazdy, a że nie miałem żadnego konkretnego celu podróży pojechałem po prostu przed siebie. W lesie napotkałem przepiękną złotą polską jesień. Żadne zdjęcie nie odda tego piękna, a to które zrobiłem, to tylko kilkuprocentowa namiastka tego, co można spotkać obecnie w lasach. Aparat w telefonie wypacza kolory, ale uwierzcie mi, że na żywo zapiera dech w piersiach.

20151025_142553

Po kilkunastu kilometrach jazdy przez las dotarłem do wsi Potok.

20151025_144316

W ogóle na tą wieś chyba poświęcę kiedyś jedną niedzielę, bo to ciekawy temat. Niegdyś bardzo duża wioska, dużo domów, sklepy, duży staw w centrum. Dzisiaj na skraju swojej historii. Od kilku lat systematycznie wysiedlana z powodu pobliskiej kopalni odkrywkowej Cementowni Ożarów. Przygnębiający i nostalgiczny widok. Pozostało tylko kilka domów, których mieszkańcy jeszcze nie zgodzili się na wysiedlenie. Wysiedlone gospodarstwa są równane z ziemią. Na zdjęciu, które wrzuciłem jest kapliczka, która była kiedyś w centrum wsi. Tuż za kapliczką jeszcze w ubiegłym roku można było ujrzeć ruinę dużego sklepu, dzisiaj żadnego śladu. Miejsce, które kiedyś tętniło radością życia, dzisiaj straszy jak postapokaliptyczna wizja. Niedługo miejsce to zniknie całkowicie z powierzchni ziemi i pozostanie historią. Uciekłem w leśne ścieżki z tych nostalgicznych i smutnych klimatów.
Po jakimś czasie dojechałem do kopalni żwiru, na której można nieźle sobie poszaleć 🙂

W sumie znów przejechałem króciutki odcinek, bo 45 km, ale ponownie nad kilometrami górowały ciekawe miejsca.

Tym razem to był faktyczny koniec sezonu i motocykl powędrował do garażu, gdzie niebawem czekają go małe przeróbki i przygotowania do sezonu 2016.

Pierwszy sezon na ADV-ce uważam za udany. Rometowi stuknęło ponad 3000km, dał się poznać z dobrej strony i w przyszłym, mam nadzieję, również mnie nie zawiedzie.


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s